Kim jestem
Mam na imię Nadia. Przynajmniej tutaj.
Mam trzydzieści lat, jestem nauczycielką matematyki, mam męża, którego nadal bardzo lubię oglądać bez ubrania, i mieszkam gdzieś w jednym z dużych polskich miast.
To ostatnie musi Ci wystarczyć. Na razie.
Nie znajdziesz tutaj mojego nazwiska. Nie pokażę Ci szkoły, w której pracuję. Nie wrzucę zdjęcia twarzy z podpisem „poznajmy się bliżej”, bo wtedy cały ten eksperyment straciłby połowę uroku.
A ja bardzo lubię eksperymenty. Zwłaszcza takie, w których sama jestem materiałem badawczym.
W normalnym życiu wyglądam prawdopodobnie znacznie mniej podejrzanie, niż sugeruje zawartość tego bloga. Pracuję, robię zakupy, zapominam wyjąć pranie, piję zdecydowanie za dużo kawy i stoję przy tablicy, tłumacząc rzeczy, które dla mnie są oczywiste, komuś, kto patrzy na nie tak, jakbym właśnie zapisała instrukcję otwarcia portalu do innego wymiaru.
Lubię matematykę. Naprawdę. Lubię moment, kiedy coś, co jeszcze pięć minut temu było chaosem, nagle zaczyna mieć strukturę: dane, zależność, rozwiązanie. To jest bardzo satysfakcjonujące.
I skoro już tu jesteś: ten zeszyt zrobiłam sama. Każdą kartkę, każdą zakładkę, ten nieszczęsny czerwony margines, który przez trzy wieczory uparcie nie chciał trzymać się właściwej krawędzi.
Nauczycielka matematyki pisząca po nocach własny anonimowy zeszyt o tym, co robi ze swoim ciałem. Wiem, jak to brzmi. Brzmi jak ktoś, kto chciał mieć kontrolę nad każdą warstwą tego eksperymentu.
Nie zaprzeczam. Problem polega na tym, że jakieś kilka lat temu zaczęłam zauważać, że mój własny organizm wyjątkowo słabo współpracuje z tą filozofią.
Ciało nie lubi eleganckich modeli. Szczególnie moje.
Jestem kobietą, która potrafi przez pół godziny analizować, dlaczego coś ją podnieca, a potem wystarczy, że mąż pocałuje mnie w odpowiednie miejsce na szyi i cały projekt badawczy idzie się jebać.
Tak. To również jestem ja.
I chyba właśnie z tej sprzeczności powstał ten blog. Z jednej strony mam bardzo uporządkowaną głowę, z drugiej wyobraźnię, której czasem naprawdę przydałby się nadzór.
Przez długi czas traktowałam te dwie części siebie jak osobne pokoje. W jednym była pani od matematyki. W drugim kobieta, która ma fantazje, zabawki, ulubione pozycje, rzeczy, których chce spróbować, rzeczy, których się trochę wstydzi, i rzeczy, których nie wstydzi się już ani trochę.
W końcu uznałam, że zamykanie drzwi pomiędzy tymi pokojami jest zwyczajnie męczące, więc je otworzyłam.
Trafiłeś właśnie do środka.
Jestem mężatką. Szczęśliwie.
To ważna informacja, bo podejrzewam, że prędzej czy później przeczytasz tutaj rzeczy, po których możesz zacząć zadawać sobie pytania. Niektóre całkiem rozsądne.
Mojego męża nie traktuję jako statysty w moich historiach. To człowiek, z którym dzielę życie i z którym od kilku lat odkrywam, że bardzo udane małżeństwo wcale nie musi oznaczać przewidywalnego seksu. Wręcz przeciwnie: znamy się na tyle dobrze, że możemy bezpiecznie robić rzeczy, przy których z kimś obcym prawdopodobnie połowę czasu zastanawiałabym się, gdzie są moje ubrania i czy powinnam już uciekać.
On zna mnie. Czasem irytująco dobrze. Wie, kiedy naprawdę mówię „nie”, i wie też, kiedy robię minę człowieka, który zamierza protestować jeszcze dokładnie przez cztery sekundy.
Ta wiedza bywa niebezpieczna. Dla mojej godności głównie.
Nie będę tutaj udawała seksualnej bogini, bo nią nie jestem.
Czasami podczas seksu wyglądam świetnie, a czasami dostaję skurczu w łydce. Czasami mam fantazję, która podnieca mnie przez trzy miesiące, a kiedy próbujemy ją zrealizować, po pięciu minutach stwierdzam:
— Nie. To było lepsze w głowie.
Czasami robię się mokra od czegoś, co sama uważam za absurdalne. Czasami chcę być traktowana bardzo delikatnie, a czasami dokładnie odwrotnie.
Mam swoje granice, swoje dziwactwa i kilka rzeczy, o których jeszcze tutaj nie napiszę. Nie dlatego, że są aż tak straszne; po prostu nie dostaje się wszystkiego na pierwszej randce.
Jeżeli koniecznie potrzebujesz obrazu, mogę dać Ci kilka elementów. Mam długie włosy, lubię swoją talię i mam biodra, których nie da się szczególnie skutecznie udawać, że nie istnieją. Sukienki zwykle leżą na mnie inaczej niż na wieszaku i bardzo mi to odpowiada.
W pracy ubieram się normalnie, profesjonalnie, ale czasem zostawiam sobie jakiś drobiazg, o którym wiem tylko ja. Koronkę. Bieliznę. Perfumy. Nic spektakularnego. Lubię po prostu mieć gdzieś pod całym tym porządkiem mały prywatny sekret.
To prawdopodobnie mówi o mnie więcej niż obwód bioder podany w centymetrach.
Po co więc piszę? To pytanie jest odrobinę bardziej niewygodne.
Mogłabym powiedzieć, że chcę rozmawiać o seksualności bez wstydu. Prawda. Mogłabym powiedzieć, że ciekawi mnie psychologia pożądania. Też prawda. Mogłabym dodać, że lubię analizować własne reakcje i próbować zrozumieć, dlaczego ciało robi dokładnie to, co robi. Nadal prawda.
Ale nie byłaby to cała odpowiedź, bo jest jeszcze coś: podnieca mnie, że to czytasz.
Anonimowość robi ze mną dziwne rzeczy. Mogę siedzieć wieczorem przy kuchennym stole w za dużej koszulce, z kubkiem kawy obok laptopa, i opisywać bardzo prywatną rzecz ze świadomością, że następnego dnia przeczyta ją ktoś, kogo nigdy nie widziałam. Może mężczyzna. Może kobieta. Może para leżąca razem w łóżku.
Nie wiem. I właśnie to „nie wiem” jest częścią zabawy: trochę ekshibicjonizmu bez rozbierania się przed Tobą naprawdę.
Chociaż… metaforycznie sytuacja wygląda już trochę gorzej.
Nie obiecuję, że wszystkie wpisy będą grzeczne. Właściwie dość bezpiecznie mogę obiecać coś przeciwnego.
Będę pisała o małżeństwie, o fantazjach, o tym, czego próbujemy, o rzeczach, które okazują się genialne, i takich, po których patrzymy na siebie i zaczynamy się śmiać. O moim ciele. O jego ciele. O potrzebie kontroli i o tym, dlaczego czasem największą ulgą jest dla mnie właśnie jej oddanie. O wstydzie i o ciekawości.
Pewnie o spermie. Znając mnie, zdecydowanie o spermie.
Nie będę jednak robiła encyklopedii Nadii. Nie dowiesz się od razu wszystkiego, bo chcę mieć jeszcze trochę miejsc, do których nie masz dostępu.
Jeszcze.
Więc na początek wystarczy: Nadia, trzydzieści lat, matematyczka, żona, kobieta o zdecydowanie zbyt aktywnej wyobraźni. I osoba, która przez wiele lat uważała, że najlepiej czuje się wtedy, kiedy rozumie wszystkie zmienne.
Ostatnio coraz bardziej podejrzewam, że najciekawsze zaczyna się właśnie tam, gdzie jednej z nich nie potrafię kontrolować.
Której? Cóż. Przeczytaj kilka kolejnych wpisów.
Zasady tego zeszytu.
- Piszę wieczorem, kiedy dom już cichnie. godzina bywa podejrzanie powtarzalna
- Nie zmyślam wyników. Nawet tych niewygodnych. matematyczka nie fałszuje danych
- Numeruję wszystko. żeby dało się później sprawdzić, gdzie się pomyliłam
- Jestem mężatką. To nie jest przeszkoda, tylko warunek brzegowy. zdrada mnie nie interesuje, fantazja tak
- Nie wszystko trafi na tę stronę. indeks prywatności, obok
- Nie każdy wpis będzie o seksie. bywają wieczory, w których nic się nie dzieje, i to też jest dana
- Piszę o dorosłych. Szkoła jest tu zegarem, nie tematem. dzwonek wyznacza rytm roku i tyle, reszta dzieje się po godzinach
- Jedna kartka tygodniowo. Czasem dwie, jeśli tydzień był hojny. rytm jest częścią eksperymentu, nie obietnicą
- Poprawiam błędy, ale nie zacieram śladów. jeśli zmieniam coś po publikacji, zostaje po tym dopisek
- Niczego Ci tu nie sprzedaję. bez reklam, bez lokowania, bez „współpracy barterowej"
- Piszę to dla siebie. Jeżeli znalazłeś albo znalazłaś ten zeszyt, spal go. Albo oddaj właścicielce. i tylko nie rób przy nim tego, o czym właśnie pomyślałeś. papier fatalnie znosi plamy, obojętne, czy zostawia je sperma, czy palce dziewczyny, która czytała zbyt uważnie
- Czytam wszystkie maile. Odpisuję na te, na które mam co odpisać. jedna skrzynka, otwierana wieczorem, jak cała reszta tego zeszytu
Zeszyt obsługuje się inaczej niż zwykła strona. Notacja, czyli jak go czytać.
Nie wszystko trafia na stronę.
- Nazwy miasta.i niczego, co je zawęża
- Nazwy szkoły.„szkoła średnia" musi wystarczyć
- Dat, które dałoby się z czymś skojarzyć.przesuwam je świadomie
- Twarzy. Mojej i cudzej.zdjęcia to osobna decyzja, jeszcze jej nie podjęłam
- Rzeczy, na które ktoś drugi się nie zgodził. to nie jest tylko moja historia
Notacja.
W każdej porządnej pracy jest sekcja, w której autor tłumaczy, co znaczą użyte symbole. Zanim zacznie ich używać.
Ten zeszyt nie wygląda jak strona internetowa i to jest celowe. Poniżej wszystko, co trzeba wiedzieć, żeby się w nim nie zgubić. Zajmie Ci to minutę.
- 1 Kartka przewija się w pionie. Jeżeli tekst nie mieści się na jednej stronie, przewiń go palcem albo kółkiem myszy, tak samo jak każdą inną stronę. Nic nie ucieka na boki. czerwona strzałka ↓ przy dolnej krawędzi znaczy „jest tego więcej", a ↑ przy górnej, „coś zostało nad Tobą"
- 2 Na dużym ekranie kartki leżą parami. Lewa i prawa strona to jedna rozkładówka, czytasz je jak otwarty zeszyt. Na telefonie rozkładówka rozpada się na pojedyncze kartki, jedna pod drugą. numer strony jest na dole: – 5 –
- 3 Kolorowe zakładki to menu. Na komputerze wystają z prawej krawędzi, na telefonie leżą paskiem na dole ekranu. Są te same na każdej stronie: spis, cztery zbiory i zakładka podpisana „N.". zakładka z podświetleniem to miejsce, w którym właśnie jesteś
- 4 Na dole każdej kartki stoi wskazówka „dalej". Czerwona strzałka i zdanie mówiące, dokąd prowadzi. Zwykle są dwie: jedna główna i jedna na boczną ścieżkę. nigdy nie zostawiam Cię przed pustym końcem strony
- 5 Nie ma komentarzy. To nie awaria. Jedyna droga do mnie prowadzi mailem, przycisk znajdziesz pod każdą kartką i na końcu tej strony. czytam wszystko, odpisuję na to, na co mam co odpisać
- 6 Brudnopis to nie kolejny wpis. Gotowe teksty mają numer i datę. Brudnopis ich nie ma, leży na pierwszych stronach zeszytu i zbiera moje zapiski robocze: pomysły na przyszłe kartki, zdania urwane w połowie i rzeczy, które przekreśliłam, zanim zdążyły się wydarzyć. nic tam nie jest skończone i nie ma być
Gdzie są teksty.
Rejestr badań to serce zeszytu, spis wszystkich kartek, które kiedykolwiek napisałam. Zielona zakładka, zawsze pierwsza. Znajdziesz tam dwie listy:
- A Wszystko po kolei: numer, tytuł, data i zbiór, do którego kartka należy. Kliknięcie otwiera pełny tekst pod własnym adresem. kartki bez daty jeszcze nie wyszły, czekają na swój dzień
- B Zbiory tematyczne, ponumerowane od I do IV. Każdy ma własną zakładkę, stronę, opis i listę swoich kartek. To są działy tego zeszytu, odpowiednik kategorii, tylko że nazwane po ludzku. ten sam numer rzymski widzisz przy kartce w spisie i na zakładce zbioru
Kiedy czytasz kartkę, podświetlona jest zakładka zbioru, do którego należy. Ten sam numer i kolor zobaczysz pod datą. Zakładka „N." prowadzi tutaj: do mnie, do zasad, do tej instrukcji i do kontaktu.
- Granat: moje pióro. Tekst właściwy, to, co naprawdę chciałam powiedzieć.
- Czerwony: długopis do poprawek. Dopiski, wnioski, zdania, które są wyrokiem, nie opowiadaniem.
- Ołówek: to, co jeszcze może zniknąć. Jeśli któregoś dnia tego nie będzie, znaczy, że gumka wygrała.
- Przekreślenie: pomyłka, której nie zamazuję. Poprawiam błędy, ale nie zacieram śladów.
Do tego karteczki na wąskim papierze (zapiski robocze i wyniki prób), zapis rozmowy z ekranu i, rzadko, coś, co zobaczyłam tylko w wyobraźni. Poznasz po tym, że wygląda inaczej niż reszta.
Napisz do mnie.
W niedzielę wieczorem zwykle jeszcze siedzę nad zeszytem.
Nie prowadzę żadnej listy. Nie zapisuję nikogo, nie wysyłam powiadomień i nie mam formularza, który udawałby, że jest inaczej. Mam jedną skrzynkę i zeszyt.
Nowa kartka pojawia się w niedzielę wieczorem. To cała obietnica. Jeśli chcesz wiedzieć, co dalej, po prostu wróć.
A jeśli chcesz coś powiedzieć, napisz. Odpisuję z tej samej skrzynki.
Piszesz z własnej skrzynki, więc znam Twój adres, to uczciwsze niż formularz, który udaje, że go nie zna. Zostaje tam, gdzie przyszedł: w jednej skrzynce. Nie trafia na żadną listę, do żadnego narzędzia i do nikogo poza mną. Poprosisz, kasuję całą korespondencję.
Nie wiem jeszcze, dokąd mnie to zaprowadzi.
To akurat trochę mnie niepokoi.
I chyba właśnie dlatego tak bardzo mnie podnieca.