Reszta z dzielenia
To, co zostaje, gdy wszystko inne podzieliło się równo.
o tym zbiorze rozłóż kartkę złóż z powrotem
Lubię dzielenie z resztą, bo jest uczciwsze od dzielenia, które wychodzi równo.
Równe wyniki wyglądają dobrze w zeszycie. Wszystko trafia na swoje miejsce, żadna liczba nie wystaje, niczego nie trzeba dopisywać małą cyfrą obok. Życie ma niestety dość luźny stosunek do estetyki rachunków.
Zostawia resztę.
Ten dziennik też.
Mam Ciało jako obiekt badań, gdzie mogę bez większych wyrzutów metodologicznych sprawdzać, co robi ze mną własna dłoń, zabawka, lustro albo pomysł, który o dwudziestej drugiej wydaje się naukowy, a pół godziny później wymaga zmiany prześcieradła.
Mam Układ dwóch ciał, czyli mnie i mojego męża. Zbiór zdecydowanie mniej przewidywalny, ponieważ druga zmienna ma własne pomysły i zna moje reakcje irytująco dobrze.
Mam też Część urojoną, gdzie odkładam rzeczy dziejące się wyłącznie w głowie.
A potem zostaje wszystko inne.
Na początku próbuję to „wszystko inne” potraktować jak problem organizacyjny. Jeżeli wpis nie pasuje do żadnego zbioru, widocznie źle zdefiniowałam zbiory. W matematyce takie podejście jest rozsądne.
W życiu prowadzi do tworzenia siedemnastu kategorii, z których piętnaście zawiera po jednym tekście.
Powstrzymuję się.
Reszta z dzielenia jest miejscem dla rzeczy, które dotyczą seksu, pisania, mnie, tego dziennika albo zwyczajnego wtorku, ale nie chcą grzecznie położyć się w żadnej z pozostałych szuflad.
To tutaj mieści się odpowiedź na pytanie, dlaczego w ogóle zaczynam anonimowy kobiecy dziennik erotyczny, skoro wcześniej przez trzydzieści lat całkiem skutecznie żyję bez publikowania informacji o własnych orgazmach.
Sama odpowiedź zmienia mi się z czasem.
Na początku mówię sobie, że chodzi o obserwację.
Brzmi rozsądnie.
Mam ciało, którego używam od trzydziestu lat i o którym nadal potrafię dowiedzieć się czegoś przez przypadek. Odkrywam, że pewien rodzaj dotyku działa dopiero wtedy, kiedy przestaję próbować dojść. Że wstyd czasem wygasza podniecenie, a czasem dokłada mu napięcia. Że mogę powiedzieć sobie „dzisiaj nie mam ochoty”, po czym mój mąż wystarczy, że robi jedną konkretną rzecz głosem, i moja diagnoza traci aktualność.
To są dane.
Tylko że bardzo szybko wychodzi na jaw, że prowadzenie zapisu nie jest neutralne. Kiedy wiem, że później opiszę coś tutaj, zauważam więcej. Pamiętam temperaturę dłoni, chwilę zawahania, własną głupią myśl dokładnie wtedy, kiedy rozsądnie byłoby nie myśleć już o niczym.
Pisanie wchodzi do eksperymentu.
Nieproszone.
Oczywiście właśnie dlatego robi się interesujące.
Kobiecy dziennik erotyczny w moim wykonaniu nie jest katalogiem pozycji ani kroniką tego, ile razy w tygodniu uprawiam seks. Gdybym potrzebowała statystyki, zrobiłabym arkusz. Prawdopodobnie z wykresem. Prawdopodobnie żałowałabym tego po dwóch miesiącach.
Interesuje mnie moment przed liczbą.
Dlaczego akurat wtedy chcę.
Dlaczego innym razem nie chcę, choć wszystkie warunki wyglądają podobnie.
Dlaczego jednego wieczoru dotyk na karku jest po prostu dotykiem na karku, a drugiego czuję go między udami szybciej, niż zdążę uczciwie przyznać, że zareagowałam.
I dlaczego czasami nie wydarza się absolutnie nic.
To ostatnie okazuje się ważniejsze, niż przewiduję.
Dziennik erotyczny kusi, żeby wpisywać do niego wyłącznie dni warte opisania. Orgazm. Nowy eksperyment. Fantazję, po której patrzę w sufit i przez chwilę zastanawiam się, czy własny mózg powinien mieć nadzór. Wieczór z mężem, po którym ciało jeszcze długo pamięta coś, czego ja próbuję już nie analizować.
Tak powstaje bardzo efektowny fałsz.
Bo większość życia seksualnego nie składa się z wydarzeń.
Składa się również z braku wydarzeń.
Są dni, kiedy wracam zmęczona, zdejmuję ubrania wyłącznie dlatego, że trzeba się przebrać, i nie mam najmniejszej ochoty zamieniać tego w scenę. Piersi są wtedy piersiami. Łóżko jest miejscem do spania. Mój mąż może leżeć obok nagi i jedyne, czego naprawdę chcę od jego ciała, to żeby przesunął nogę, bo zabiera mi kołdrę.
To też jest seksualność.
Mało fotogeniczna.
Za to prawdziwa.
Jeśli zapisuję tylko momenty, kiedy jestem mokra, odważna, ciekawa albo zachwycona własnym eksperymentem, po kilku miesiącach powstaje kobieta, której nie znam. Jakaś permanentnie napalona wersja mnie bez prania, zmęczenia, bólu głowy i poranków, podczas których jedyną fantazją jest siedem dodatkowych minut snu.
Nie chcę jej pisać.
Jest podejrzanie wydajna.
Dlatego w Reszcie zostają także puste dni. Czasem nie potrzebują całej kartki. Wystarczy, że istnieją w rachunku i psują mi piękną teorię o regularności libido.
Lubię takie dane.
Najbardziej wtedy, kiedy są niewygodne.
Tutaj trafiają też moje zasady, chociaż słowo „zasady” zawsze każe mi odruchowo szukać przypadku, który je obali.
Mam ich kilka.
Nie piszę dla szoku. Nie próbuję udowodnić, że jestem bardziej rozwiązła, odważna albo wyzwolona od kobiety czytającej to po drugiej stronie ekranu. Nie mam pojęcia, kim ona jest, a poza tym wyzwolenie seksualne mierzone liczbą rzeczy, które człowiek jest gotowy wsadzić sobie do ciała, wydaje mi się słabą definicją.
Piszę to, co mnie naprawdę ciekawi.
Tu zaczynają się komplikacje.
Bo zasada działa świetnie, dopóki nie ciekawi mnie coś, czego wolałabym o sobie nie wiedzieć. Wtedy pojawia się bardzo kusząca możliwość dopracowania metodologii tak, żeby wynik zrobił się wygodniejszy.
Znam tę sztuczkę.
Niestety na sobie działa gorzej.
Mam również zasadę, że nie publikuję czegoś wyłącznie dlatego, że jest najbardziej pikantnym fragmentem całej historii. Seks nie dostaje automatycznie pierwszego miejsca tylko za to, że występuje nago.
Czasem ważniejsze jest zdanie wypowiedziane pięć minut wcześniej.
Albo to, że po wszystkim odwracam się na bok i zaczynam się śmiać, bo właśnie odkrywam coś o sobie, czego mój mąż najwyraźniej wie od dawna.
Bywa irytujący.
Zwłaszcza kiedy ma rację bez prowadzenia notatek.
Są też reguły dotyczące anonimowości.
To słowo brzmi technicznie, jak funkcja ustawień konta: coś wyłączam, coś ukrywam, nie podaję nazwiska, sprawa załatwiona. Dla mnie anonimowość bardzo szybko przestaje być wyłącznie zabezpieczeniem.
Staje się częścią tekstu.
Piszę rzeczy, których prawdopodobnie nie napisałabym pod własnym imieniem. Nie dlatego, że pod anonimowym podpisem zamieniam się w inną kobietę. Przeciwnie. Usunięcie nazwiska odbiera mi kilka wygodnych sposobów kontrolowania tego, jak jestem widziana.
Nie mogę zasłonić się zawodem, twarzą, odpowiednim zdjęciem ani tonem, którym zwykle mówię ludziom rzeczy uznawane za stosowne.
Zostaje zdanie.
Czasami bardzo niewygodne zdanie.
Anonimowość nie powoduje, że przestaję się wstydzić. To byłoby za łatwe.
Siedzę przed ekranem sama i potrafię kasować słowo tylko dlatego, że wydaje mi się zbyt dosłowne. Po chwili wpisuję je ponownie, bo wersja grzeczniejsza jest zwyczajnie nieprawdziwa. Potem patrzę na nie jeszcze przez chwilę, jakby mogło zrobić coś samodzielnie.
Nie robi.
Ja robię.
Klikam zapis.
Właśnie w tej różnicy mieści się spora część sensu całego projektu.
Blog o kobiecej seksualności łatwo zamienić w poradnik. Wtedy należałoby wyjaśniać, edukować, odpowiadać na pytania i najlepiej mieć stanowisko w każdej sprawie. Ja mam stanowisko w niektórych sprawach. W innych mam dwie sprzeczne obserwacje i trzecią, która psuje obie.
To uczciwszy materiał.
Nie jestem tutaj przypadkiem reprezentatywnym dla kobiet. Nawet nie próbuję.
Jestem jednym egzemplarzem, który ma dostęp do własnego ciała przez całą dobę i mimo tej podejrzanie dużej liczby godzin wciąż potrafi błędnie przewidzieć, co je podnieci.
Próba badawcza: jedna.
Pewność siebie: nieproporcjonalnie wysoka.
Wyniki: różne.
Do Reszty wpada również czas, ponieważ ciało nie istnieje poza kalendarzem, choć bardzo chciałabym czasem potraktować je jak układ zamknięty.
Wrzesień ma inny rytm niż sierpień.
Rano szybciej zaczynam liczyć godziny, wieczorem częściej czuję zmęczenie zanim zdążę poczuć cokolwiek ciekawszego. Rok szkolny rusza i przez pierwsze tygodnie mam w głowie za dużo nowych drobiazgów, żeby po powrocie do domu natychmiast stać się kobietą z eleganckiego opowiadania erotycznego.
Na szczęście mój mąż nie czyta eleganckich opowiadań o mnie.
Ma wersję z rozpiętym stanikiem pod swetrem, włosami związanymi byle jak i pytaniem, czy naprawdę zamierzamy dziś robić coś bardziej ambitnego niż kolacja.
Czasem zamierzamy.
Listopad jest inny.
Światło kończy się absurdalnie wcześnie, ciało częściej prosi o ciepło niż o eksperyment, a łóżko zyskuje funkcję, której latem prawie nie zauważam: staje się najlepszym miejscem w mieszkaniu już dlatego, że jest ciepłe.
Bliskość zaczyna mieć wtedy temperaturę.
Nie potrzebuję wielkiego pomysłu. Czasem wystarcza jego brzuch przy moich plecach, dłoń wsunięta pod koszulkę bez żadnego planu i kilka minut, podczas których jeszcze sama nie wiem, czy chcę zasnąć, czy odwrócić się do niego.
Lubię ten moment nierozstrzygnięcia.
Ciało już zbiera dane.
Styczeń przychodzi z kolei z rodzajem zmęczenia, którego nie da się naprawić jedną dobrze przespaną nocą. Wszystko trwa za długo: ciemność, semestr, ubieranie się warstwami, szukanie rękawiczki, która jeszcze wczoraj miała parę.
Moje libido nie czyta jednak kalendarza konsekwentnie.
Potrafi milczeć trzy dni, a czwartego odezwać się w środku całkowicie zwyczajnego wieczoru tak wyraźnie, że przez chwilę podejrzewam błąd systemu.
Nie ma błędu.
Jest reszta.
Właśnie takie rzeczy chcę tu zostawiać: zależności, które są zbyt małe na eksperyment, zbyt rzeczywiste na fantazję i zbyt moje, żeby udawać, że są ogólną prawdą o kobiecej seksualności.
Czasem będzie tu manifest.
Czasem zapis tego, dlaczego pewnej zasady już nie przestrzegam.
Czasem tekst o anonimowości napisany wieczorem, kiedy bardziej niż ujawnienia boję się tego, że zacznę autocenzurować własne myśli, zanim zdążę sprawdzić, dokąd prowadzą.
A czasem naprawdę nic.
Pusty tydzień.
Brak eksperymentu.
Brak fantazji wartej zapisania.
Seks zwyczajny albo jego brak. Sen. Praca. Obiad zjedzony później, niż planuję. Mąż, który dotyka mnie w sposób całkowicie nieseksualny i właśnie dlatego przypomina mi, że ciało nie jest projektem prowadzonym wyłącznie na potrzeby tego zeszytu.
To również chcę pamiętać.
Kobiecy dziennik erotyczny, przynajmniej mój, robi się nieprawdziwy w chwili, kiedy usuwa zwyczajność, żeby zostawić samo podniecenie. Seks jest ciekawszy właśnie dlatego, że pojawia się pomiędzy rzeczami, które seksem nie są.
Czasami różnica między nimi jest wyraźna.
Czasami nie.
Myję zęby, kiedy mąż przechodzi za mną i kładzie dłoń na biodrze dokładnie na sekundę. Nic więcej. Wieczór toczy się dalej, ja wypluwam pastę, wycieram usta i dopiero po chwili zauważam, że nadal pamiętam nacisk jego palców.
Czy to już należy do Układu dwóch ciał?
Może.
Ale nic się nie wydarza.
I właśnie dlatego wolę zostawić to tutaj.
Reszta z dzielenia chroni mnie przed bardzo kuszącym błędem: przekonaniem, że skoro prowadzę erotyczny dziennik, wszystko musi dać się sprowadzić do seksu.
Nie daje się.
Na szczęście.
Gdyby się dawało, szybko zrobiłoby się nudno.
Chcę widzieć również kobietę przed podnieceniem i po nim, kobietę znudzoną własnym libido, kobietę zdziwioną jego powrotem, tę, która ustanawia regułę, oraz tę samą tydzień później, kiedy znajduje świetny powód, żeby ją złamać.
Chcę zostawić miejsce na wpis, którego jeszcze nie umiem nazwać.
To jest chyba jedyna reguła tej kategorii, której naprawdę ufam: jeśli coś nie pasuje, nie będę tego wciskać na siłę.
Matematyka pozwala zostawić resztę.
Ja też.
Czasem właśnie w niej znajduje się najciekawsza liczba.
- manifest, po co ten zeszyt w ogóle powstał
- własne zasady i moment, w którym przestają obowiązywać
- anonimowość jako temat, nie jako zabezpieczenie
- Pokój 317 i wszystko, co się w nim mieści
- dni, w których nie wydarzyło się nic. To też jest dana
- rytm roku szkolnego: wrzesień, listopad, styczeń mają różne temperatury