Układ dwóch ciał
Mój mąż i ja. Wspólne zabawy, fantazje wypowiedziane na głos i wszystko, co z nich wyszło.
o tym zbiorze rozłóż kartkę złóż z powrotem
Mój mąż twierdzi, że najbardziej niebezpieczne zdanie, jakie mogę wypowiedzieć w łóżku, brzmi:
— Mam pomysł.
Trochę przesadza. Znacznie bardziej niebezpieczne jest:
— Czytałam o czymś.
Po pierwszym zwykle jeszcze można negocjować. Po drugim najczęściej okazuje się, że coś już kupiłam.
Tak mniej więcej wygląda praktyczna część naszego życia seksualnego po latach małżeństwa. Nie ma świec ustawionych symetrycznie wokół łóżka, nie mamy cotygodniowego „wieczoru bliskości”, nigdy nie kupiliśmy jedwabnej pościeli.
Mamy za to jedną szufladę, której zawartość jeszcze kilka lat temu bardzo by mnie rozbawiła, kilka historii zaczynających się od „to miało wyglądać zupełnie inaczej” i coraz dłuższą listę rzeczy, o których któreś z nas kiedyś powiedziało: „Nie, raczej nie.”
Niektóre nadal tam są. Przy kilku musiałam później skreślić „nie”.
Znam mojego męża od lat. To zdanie nie brzmi szczególnie erotycznie, a powinno, bo znajomość drugiego człowieka ma w seksie dziwną właściwość: najpierw zabiera tajemnicę, a później, jeśli ma się trochę szczęścia, oddaje coś ciekawszego. Precyzję.
On wie, kiedy mówię „nie” naprawdę. Wie też, kiedy moje „nie wiem” oznacza dokładnie to, co mówi, a kiedy znaczy mniej więcej: „Podoba mi się ten pomysł znacznie bardziej, niż chciałabym w tej chwili przyznać.”
Ja rozpoznaję moment, w którym jego żart przestaje być tylko żartem. Czasem widzę go po jednym spojrzeniu.
To jest trochę niesprawiedliwe. Na początku związku każde z nas mogło jeszcze udawać, że pewne reakcje nic nie znaczą; po latach małżeństwa człowiek traci ten komfort. Znamy za dobrze własne skróty.
Dużo naszych eksperymentów zaczęło się od rozmowy. Nie od erotycznej rozmowy, od zwykłej: w kuchni, w samochodzie, przy śniadaniu.
Raz zapytałam go zupełnie bez przygotowania, czy podniecałoby go patrzenie na mnie w określonej sytuacji. Spojrzał znad kawy.
— To jest pytanie teoretyczne?
— Oczywiście.
— Czyli nie.
Znów ta irytująca znajomość mojego charakteru.
Niektóre fantazje erotyczne w małżeństwie właśnie tak przestają być prywatną własnością jednej osoby. Najpierw siedzą w głowie, bezpiecznie, można je sobie oglądać ze wszystkich stron, niczego nie deklarując. Potem któregoś dnia wypowiada się jedno zdanie i coś się zmienia.
Niekoniecznie od razu w działaniu. Czasem sama świadomość, że druga osoba już wie, jest bardziej podniecająca niż późniejsza realizacja. To odkrycie trochę mnie zaskoczyło.
Fantazja opowiedziana mężowi przestaje być samotna. Od tej chwili może wrócić w jego ustach, może pojawić się podczas seksu, może zostać użyta przeciwko mnie w najmniej odpowiednim momencie: „Przecież sama powiedziałaś.”
Okropny człowiek.
Nie każdą fantazję chcemy realizować. To też zajęło mi chwilę, bo wydawało mi się kiedyś, że jeśli o czymś myślę wystarczająco często, to logicznym następnym krokiem jest sprawdzenie tego w rzeczywistości.
Nie jest. Niektóre rzeczy działają znakomicie właśnie dlatego, że pozostają w głowie: tam nie ma logistyki, nie boli kręgosłup, nikt nie musi szukać miejsca do zaparkowania i nikt nie pyta, czy na pewno dobrze zamknęliśmy drzwi.
Fantazja ma idealne oświetlenie. Rzeczywistość ma lampkę nocną kupioną sześć lat temu w markecie budowlanym.
A jednak czasami warto sprawdzić i wtedy zaczyna się najciekawsza część, bo realizacja rzadko wygląda dokładnie tak, jak w wyobraźni. Czasem jest lepsza, czasem gorsza, czasem kompletnie inna.
Mieliśmy eksperyment, którego planowanie trwało kilka dni i który zakończył się śmiechem po mniej więcej trzech minutach. Nie takim seksownym śmiechem, normalnym. Oboje leżeliśmy obok siebie i nie byliśmy już w stanie wrócić do jakiejkolwiek roli.
— Miałaś się nie śmiać — powiedział.
— Ty pierwszy.
— Bo powiedziałaś to takim głosem.
— Tak miało być.
— Brzmiałaś jak kierowniczka zmiany.
To był koniec eksperymentu. Nie powtórzyliśmy go. Na razie.
Role są zresztą osobnym problemem. Bardzo lubię sprawdzać, kim potrafię być przy człowieku, który doskonale wie, kim jestem naprawdę, i to ma w sobie paradoks, który mnie podnieca.
Udawanie przy kimś obcym jest proste. Nie zna cię, możesz powiedzieć właściwie wszystko. Dużo ciekawsze jest powiedzieć coś zupełnie nie w swoim stylu człowiekowi, który słyszał, jak piętnaście minut wcześniej przeklinałaś, bo zmywarka znowu nie domknęła tabletki. I sprawić, żeby przez chwilę oboje w to uwierzyli.
Czasami prowadzę ja. Lubię ten moment, kiedy widzę, że robi dokładnie to, czego chcę, i że robi to dlatego, że mu powiedziałam. Nie muszę nawet robić wiele, sama zmiana zasad wystarcza.
Innym razem wolę odwrotnie, choć to przyszło później. Mam naturalną skłonność do kontrolowania rzeczy: planów, terminów, siebie. Dlatego możliwość oddania kontroli komuś, komu naprawdę ufam, działa na mnie dużo mocniej, niż kiedyś chciałam przyznać.
Tylko że „oddanie kontroli” brzmi w internecie zawsze bardzo efektownie, a w małżeństwie bywa bardziej przyziemne. Trzeba wcześniej wiedzieć, gdzie są granice. Trzeba umieć się zatrzymać. Trzeba znać człowieka na tyle dobrze, żeby odróżnić ekscytację od dyskomfortu.
A potem można przestać rozmawiać jak na spotkaniu organizacyjnym. Na szczęście.
Najdziwniejsze jest jednak to, że seks po latach małżeństwa wcale nie musi być słabszą wersją seksu z początku związku. To porównanie zawsze wydawało mi się podejrzane.
Na początku było inaczej. Nie lepiej, inaczej. Była nowość, niepewność, pierwsze razy, pierwsze odkrycia, pierwsze sytuacje, w których człowiek orientuje się: „Aha. Czyli to na niego działa.”
Po latach nowość nie pojawia się sama, to prawda; nie można po raz dwusetny odkryć tego samego ciała po raz pierwszy. Ale można odkryć, że człowiek, którego ciało zna się bardzo dobrze, ma jeszcze rzeczy, których nigdy nie powiedział. Można zmienić zasady, miejsce, rolę. Można po kilkunastu latach powiedzieć:
— Jest coś, o czym ci nigdy nie mówiłam.
I nagle w bardzo dobrze znanym układzie pojawia się nowa zmienna. To mnie fascynuje znacznie bardziej niż nostalgia za początkami.
Nie chciałabym wrócić do naszego pierwszego seksu. Naprawdę. Mieliśmy mniej doświadczenia, mniej odwagi i zdecydowanie za dużo ambicji. Teraz umiemy czasem przerwać coś w połowie i powiedzieć:
— Nie, to jednak jest bez sensu.
To też jest postęp.
Długo myślałam, że udane życie seksualne w małżeństwie powinno polegać na tym, że człowiek cały czas pożąda partnera mniej więcej tak samo. To był idiotyczny model.
Nie pożądam męża tak samo każdego dnia. On mnie też nie. Nie mam z tym problemu.
Czasem przez kilka dni seks właściwie nie istnieje w mojej głowie: praca, zmęczenie, zwykłe życie, pranie, zakupy, rzeczy do zrobienia. A potem przychodzi wieczór, kiedy wystarczy, że przejdzie obok mnie w kuchni i zrobi jedną konkretną rzecz, której nie będę tutaj opisywać, bo nie wszystko musicie wiedzieć. I nagle układ wraca do stanu aktywnego.
Bywa też odwrotnie: ja mam ochotę, on nie, albo jego ciało jest zainteresowane, ale głowa nie ma przestrzeni.
Małżeństwo bardzo skutecznie niszczy fantazję, że dwie osoby pozostają przez lata w idealnej synchronizacji. Nie pozostają. Trzeba czasem poczekać, czasem zacząć, czasem odpuścić. A czasem wystarczy powiedzieć głośno coś, co od kilku dni chodziło po głowie, i synchronizacja wraca zaskakująco szybko.
Najwięcej nauczyłam się chyba właśnie z rozmów po wszystkim. Nie tych poważnych; nie siadamy naprzeciwko siebie z formularzem oceny jakości stosunku, chociaż teraz, kiedy to napisałam, mam ochotę taki przygotować. Mąż byłby zachwycony.
Pytam czasem:
— To ci się naprawdę podobało?
Albo on:
— Czemu wtedy tak zareagowałaś?
I zdarza się, że odpowiedź otwiera następne drzwi. „Bo powiedziałeś…” „Bo patrzyłeś.” „Bo nie wiedziałam, co zrobisz.” „Bo wiedziałam dokładnie.”
Małe rzeczy, zaskakująco często ważniejsze niż cała reszta.
Dlatego wspólne eksperymenty erotyczne nie są dla mnie listą coraz bardziej wymyślnych czynności do odhaczenia. Nie mamy poziomu pierwszego, drugiego i trzeciego, nie próbujemy udowodnić sobie, że jesteśmy „otwarci”, nie interesuje mnie zdobywanie odznak. Chcę wiedzieć, co dzieje się między nami, kiedy zmienimy jedną rzecz.
Czasem wynik brzmi: jeszcze raz. Czasem: nigdy więcej. A czasem oboje leżymy pod kołdrą, próbujemy przestać się śmiać i dochodzimy do wniosku, że internet po raz kolejny przesadził.
Ta część zeszytu jest więc o nas. O seksualności w małżeństwie takiej, jaką znam: trochę uporządkowanej przez lata, a w kilku miejscach coraz bardziej nieporządnej.
Będą tu opowiadania erotyczne o wspólnych eksperymentach, fantazjach żony i męża, rolach, grach, próbach oddawania kontroli i sytuacjach, które zaczęły się od żartu, a potem przestały być śmieszne. Albo odwrotnie.
Będą rzeczy, które naprawdę zrobiliśmy, rzeczy zmienione przeze mnie na potrzeby tekstu i takie, które jeszcze istnieją wyłącznie w głowie. Nie będę zawsze oznaczała różnicy.
Mój mąż też nie zawsze ją zna. To akurat robi się interesujące.
Kilka dni temu zapytałam go:
— Myślisz czasem, że robimy się dziwniejsi?
Spojrzał na mnie.
— W porównaniu z czym?
Nie potrafiłam odpowiedzieć. Może właśnie dlatego nadal dobrze się bawimy.
Po latach małżeństwa nie próbujemy wrócić do początku. Początek już był, mam zdjęcia, było miło. Bardziej interesuje mnie, czego jeszcze o sobie nie wiemy i jak dużo trzeba będzie sprawdzić, żeby się dowiedzieć.
Nadia
P.S. Jest jeszcze jedna rzecz, która w kontekście całej tej kategorii wydaje mi się dość istotna.
Mój mąż nie wie o tym blogu. Nie wie, że istnieje „Układ dwóch ciał”, i nie wie, że opisuję tutaj nasze rozmowy, moje reakcje, część naszych eksperymentów i rzeczy, które wydarzyły się między nami.
Oczywiście zmieniam szczegóły. Nie wszystko publikuję. Są rzeczy, które zostają wyłącznie nasze.
Ale sam zeszyt? O nim nie wie.
Czasem siedzi obok mnie na kanapie, kiedy poprawiam tekst dotyczący jego samego, i pyta:
— Co piszesz?
— Nic ważnego.
Technicznie jest to kłamstwo. Na razie zamierzam z nim żyć.
Nie wiem jeszcze, czy kiedyś pokażę mu to miejsce. Może za rok, może wcześniej, może pewnego dnia po prostu wyślę mu link i przez następne pięć minut będę żałowała każdej decyzji, która doprowadziła mnie do tego momentu.
Ale jeszcze nie. Na razie to jest mój notes. I wasza przewaga informacyjna nad człowiekiem, który występuje w nim zdecydowanie częściej, niż podejrzewa.
- wspólne eksperymenty, te udane i te, przy których skończyliśmy ze śmiechu
- fantazje wypowiedziane na głos i te, które zdążyliśmy już przetestować
- role, gry i scenariusze: kto prowadzi, kto oddaje kontrolę
- seks po latach małżeństwa, bez nostalgii i bez udawania, że jest jak na początku