Ciało jako obiekt badań
Obserwacja własna. Pomiary, które zwykle wymykają się metodologii.
|Ciało jako obiekt badań| = 3
Znajdziesz tu zapiski o seksualności, ciele i małżeństwie. Nic tu nie jest sensacją, ale nic też nie jest ocenzurowane.
Jeżeli nie masz ukończonych 18 lat, zamknij tę kartkę.
prywatny notatnik
nie czytać
(chyba że na własną odpowiedzialność)
otwieram na własną odpowiedzialność ostrzeżenie było warunkiem koniecznym. wystarczającym najwyraźniej nie.Nie zostawiam Ci ciasteczek. Nie wiem, jak masz na imię, i nie zamierzam się dowiedzieć.
Liczę tylko, ile osób zajrzało, skąd przyszły i z czego czytają, zbiorczo, bez Twojego adresu, bez profilu, bez chodzenia za Tobą po innych stronach.
Jestem tu anonimowa. Uznałam, że Ty też masz do tego prawo.
Pierwszego września zawsze pachnie trochę tak samo. Świeżo umytymi korytarzami. Papierem. Kawą wypitą zbyt szybko przed wyjściem. Jeszcze letnim powietrzem wpadającym przez uchylone okna i tym specyficznym napięciem, które pojawia się wtedy, gdy kilkaset osób wraca po dwóch miesiącach do budynku, w którym wszystko ma swoje miejsce, godzinę i numer.
Lubię ten dzień. Naprawdę.
Matematyczka we mnie kocha początki. Punkt zero. Stan początkowy układu. Zanim pojawią się błędy, opóźnienia, kartkówki, poprawy, zmęczenie w listopadzie i pytanie zadane po raz siedemnasty.
Pierwszego września wszystko jest jeszcze czyste.
Dlatego właśnie dziś zaczynam ten zeszyt.
I nie jest to przypadek.
Jeżeli spotkałbyś mnie w pracy, prawdopodobnie nie pomyślałbyś niczego szczególnego. Nauczycielka matematyki. Trzydzieści lat. Spódnica, czasem spodnie, koszula, marynarka. Włosy związane albo rozpuszczone, zależnie od tego, ile czasu miałam rano. Kawa. Długopis. Klucze do sali. Stos sprawdzianów.
Normalna kobieta wykonująca normalną pracę.
I właśnie to jest zabawne. Bo pod tym wszystkim istnieje druga wersja mnie.
Tu urywam. Reszta jest na kartce 001.
Manifest napisany pierwszego września. Wszystko, co potem, wynika z tych czterech stron.
Numeruję wszystko i przypisuję do zbiorów. To nie jest pedanteria, to jedyny sposób, żeby po pięciu miesiącach sprawdzić, gdzie się pomyliłam.
Nie wiem, w którym momencie człowiek zaczyna nazywać swoje prywatne zapiski „opowiadaniami erotycznymi”. Podejrzewam, że trochę później, niż powinien.
Przez długi czas uważałam, że po prostu piszę. Czasem po czymś, co wydarzyło się między mną a mężem. Czasem po czymś, co wydarzyło się wyłącznie w mojej głowie i tam, przynajmniej oficjalnie, powinno zostać. Czasem dlatego, że jakaś myśl wracała zbyt uporczywie, żeby dalej udawać, że jej nie ma.
A czasem dlatego, że wydarzyło się coś pozornie niewielkiego: jedno spojrzenie, zdanie wypowiedziane trochę innym tonem, jego dłoń zatrzymana na mnie sekundę dłużej niż zwykle. I nagle pół nocy później siedziałam z laptopem na kolanach, próbując ustalić, dlaczego akurat to zostało mi w głowie.
Tak powstała większość tekstów, które znajdziesz w tej części mojego zeszytu. Nie zaczynałam ich od pytania:
„Jak napisać dobre opowiadanie erotyczne?”
Zaczynałam raczej od:
„Dlaczego do cholery nadal o tym myślę?”
I różnica między tymi dwoma pytaniami okazała się całkiem istotna.
Jeśli trafiasz tutaj, szukając opowiadań erotycznych, prawdopodobnie oczekujesz, że w pewnym momencie wydarzy się seks. To rozsądne założenie. Czasem się wydarzy, czasem bardzo wyraźnie, a czasem nie.
Bo z czasem odkryłam, że najbardziej erotyczne momenty wcale nie zawsze zaczynają się wtedy, kiedy ktoś zdejmuje ubranie. Czasami zaczynają się dużo wcześniej: przy stole, w samochodzie, w hotelowym barze, w wiadomości wysłanej w środku dnia. W chwili, kiedy mój mąż patrzy na mnie w określony sposób i oboje doskonale wiemy, że wieczór właśnie zmienił plan. Albo wtedy, kiedy sama orientuję się, że jakaś fantazja, którą jeszcze miesiąc wcześniej uznałabym za absurdalną, zaczyna robić mi w głowie podejrzanie dużo miejsca.
To właśnie interesuje mnie najbardziej. Nie sama mechanika; mechanika jest prosta, ciało naprawdę nie potrzebuje piętnastu stron instrukcji. Dużo ciekawsze jest wszystko, co dzieje się przedtem.
Dlaczego czegoś chcę. Dlaczego czegoś nie chcę, a mimo to o tym myślę. Dlaczego jedna rzecz kompletnie mnie nie rusza, podczas gdy druga, czasem obiektywnie głupia, powoduje natychmiastową reakcję. Dlaczego potrafię być bardzo pewna własnych granic we wtorek, a w sobotę zaczynam zastanawiać się, kto właściwie te granice ustalał.
Prawdopodobnie ja. To trochę komplikuje sprawę.
Mam trzydzieści lat, od kilku lat uczę matematyki i jestem żoną. Nie seksuolożką, nie terapeutką, nie autorką poradnika pod tytułem „Jak mieć idealne życie erotyczne w siedem dni”.
Dzięki Bogu.
Nie mam też zamiaru mówić Ci, czego pragną kobiety. Ledwo zaczynam rozumieć jedną. Siebie.
Dlatego te erotyczne opowiadania są pisane w pierwszej osobie, i nie dlatego, że uważam moje doświadczenia za uniwersalne. Właśnie przeciwnie: są bardzo moje. Moje reakcje, moje fantazje, moje małżeństwo, moje dziwne mechanizmy obronne. Moja potrzeba kontroli, która zaskakująco często spotyka się z równie dużą ciekawością tego, co wydarzy się, kiedy choć trochę ją oddam.
To nie jest encyklopedia kobiecej seksualności. To jest jeden przypadek badawczy, próbka o liczebności:
n = 1
Metodologicznie żałosne. Literacko całkiem wystarczające.
Niektóre historie dotyczą rzeczy, które naprawdę się wydarzyły. Inne zaczynają się od czegoś prawdziwego, a później idą własną drogą. Jeszcze inne są fantazją od pierwszego do ostatniego zdania.
Nie zawsze będę Ci mówiła, która jest która. Nie dlatego, że chcę Cię oszukać; po prostu z czasem sama zobaczyłam, że granica między wspomnieniem, pragnieniem i literaturą bywa dużo mniej elegancka, niż sugerowałyby osobne foldery na dysku.
Czasem wydarzenie jest prawdziwe, ale zmieniam szczegół. Czasem łączę dwa wieczory w jeden. Czasem zostawiam emocję, a wyrzucam miejsce. Czasem czegoś nie opisuję, bo należy tylko do mnie i mojego męża. A czasem tekst jest kompletnie wymyślony, ale mówi o mnie więcej niż wierny zapis rzeczywistości.
To trochę irytujące. Lubię kategorie. Rzeczywistość nie zawsze współpracuje.
Jeżeli szukasz krótkiego, szybkiego tekstu, po którym możesz zamknąć kartę i nigdy więcej tutaj nie wrócić, część tych opowiadań może Ci wystarczyć. Nie obrażę się, internet jest pełen ludzi, którzy wchodzą gdzieś na pięć minut i znikają.
Ale ja mam inną nadzieję. Chciałabym, żeby po kilku historiach zaczęło Cię interesować nie tylko to, co się wydarzyło. Również:
co wydarzy się później.
Żeby mój mąż stał się dla Ciebie rozpoznawalny po sposobie, w jaki o nim piszę. Żeby zostały Ci w pamięci rzeczy, których jeszcze nie zrobiłam. Żeby nie umykało Ci, kiedy powtarzam sobie coś trochę zbyt stanowczo. Żeby zdanie:
„Nigdy bym tego nie zrobiła.”
po pewnym czasie zaczęło wzbudzać u Ciebie uzasadnioną podejrzliwość.
U mnie już wzbudza.
Nie wszystkie moje opowiadania erotyczne będą mocno dosłowne. To celowe, bo bywa, że najbardziej podnieca mnie właśnie niedokończenie: świadomość, że coś mogłoby się wydarzyć, moment zawahania, zakaz, tajemnica, spojrzenie człowieka, którego znam od lat i który nadal potrafi sprawić, że przez kilka sekund zachowuję się tak, jakbym poznała go pięć minut temu.
Innym razem potrzebuję napisać wszystko. Bez eleganckiego odsuwania kamery i bez kwiatowych metafor zastępujących części ciała przedmiotami występującymi zwykle w ogrodnictwie albo budownictwie. Jeśli coś jest seksualne, mogę to nazwać seksualnie. Jeśli jest śmieszne, nie będę udawała, że nie jest.
Seks bywa przecież śmieszny. Czasem człowiek próbuje właśnie przeżyć najbardziej intensywną chwilę miesiąca, a wtedy któreś z Was zahacza stopą o kołdrę.
Ciało rzadko respektuje dramaturgię. Bardzo je za to lubię.
Najczęściej wracam do kilku tematów: pożądania w małżeństwie, fantazji erotycznych, których nie zawsze mam ochotę natychmiast realizować, zazdrości, patrzenia, bycia widzianą, ról, które można zagrać tylko dlatego, że za nimi stoi ktoś, komu naprawdę ufam, i ciekawości własnego ciała. A także granicy pomiędzy:
„to mnie nie interesuje”
a
„dlaczego właściwie tak szybko odpowiedziałam?”
Niektóre z tych tematów brzmią poważnie, choć w praktyce często zaczynają się bardzo niepoważnie. Na przykład od kupienia urządzenia wyglądającego jak pingwin. Albo od jednego zdania wypowiedzianego przez mojego męża. Albo od sytuacji, w której zupełnie niewinnie zaczynam sobie wyobrażać coś, czego (przynajmniej zgodnie z aktualnym stanem dokumentacji) nigdy nie zamierzam zrobić.
Mam tutaj kilka takich hipotez. Nie wszystkie wyglądają stabilnie.
Bardzo interesuje mnie też różnica pomiędzy tym, co deklarujemy, a tym, co rzeczywiście robi z nami ciało. Jako nauczycielka powinnam zapewne napisać coś o wartości obserwacji empirycznej, więc napiszę: ciało jest bezczelne.
Możesz mieć opinię. Możesz mieć zasady. Możesz przez dwadzieścia minut przekonywać siebie, że określona sytuacja absolutnie Cię nie podnieca. A potem wystarczy jeden szczegół i cały piękny model teoretyczny idzie się jebać.
Przepraszam. Nie widzę precyzyjniejszego określenia.
To właśnie dlatego piszę. Nie po to, żeby udowodnić sobie, że jestem bardziej odważna, bardziej wyzwolona albo bardziej seksualna niż ktokolwiek inny; nie mam takiej potrzeby. Interesuje mnie różnica między tym, kim wydaje mi się, że jestem, a tym, co wychodzi, kiedy przestaję się pilnować.
Erotyka daje do tego bardzo dobry materiał, może dlatego, że w seksie człowiek często traci część zdolności do tworzenia ładnej wersji samego siebie. Zostaje reakcja. Pragnienie. Czasem wstyd. Czasem: „o kurwa, naprawdę?”
Bardzo wartościowy materiał badawczy.
Jeśli jesteś kobietą, możliwe, że część moich historii będzie Ci znajoma i przeczytasz coś, po czym pomyślisz:
też tak mam.
Jeżeli jesteś mężczyzną, być może pomyślisz:
czy moja żona też tak ma?
Nie wiem. Zapytaj ją. Serio. Mnie nie pytaj o cudzą żonę, mam wystarczająco dużo pracy ze sobą.
Jeżeli czytacie mnie razem, tym lepiej. Mam cichą nadzieję, że czasami moje historie skończą się u Was rozmową, która normalnie nie zaczęłaby się przy kolacji. Może czymś tak prostym jak:
— A ciebie by to podniecało?
To jest całkiem dobre pytanie. Zdecydowanie ciekawsze niż:
— Co oglądamy?
Nie będę też udawała, że każdy tekst tutaj będzie dobry w ten sam sposób. Nie chcę tego.
Jedne będą długimi opowiadaniami erotycznymi, inne krótkimi kartkami. Czasem opiszę fantazję, czasem eksperyment, a czasem wrócę do czegoś po kilku tygodniach i napiszę na marginesie, że poprzednio gadałam bzdury.
Może pojawi się strona bez zakończenia. Może czegoś zabraknie. Może numeracja któregoś dnia przestanie się zgadzać; nie zakładaj od razu błędu technicznego, choć błąd techniczny również jest możliwy. To nadal internet.
Jeżeli chcesz zacząć od początku, możesz potraktować tę kategorię jak wejście do mojego zeszytu. Nie musisz czytać chronologicznie, ale jeśli zaczniesz, możesz po pewnym czasie zauważyć rzeczy, które przy pojedynczym opowiadaniu nie mają znaczenia: powtarzające się zdanie, symbol, pokój, godzinę, coś, czego nie opisuję, zmianę w sposobie, w jaki piszę o mężu, zmianę w sposobie, w jaki piszę o sobie.
To właśnie najbardziej mnie interesuje w całym projekcie. Nie chcę przez następne lata pisać pięćdziesięciu wariantów jednej sceny; chcę sprawdzić, co stanie się z Nadią. Ze mną.
Co zmieni się po dwudziestu historiach. Po pięćdziesięciu. Po roku. Jakie zdania będę musiała wykreślić, których będę się wstydzić i przy których za jakiś czas napiszę czerwonym:
miałam rację.
Więc jeśli szukasz tu opowiadań erotycznych: są tutaj. Niektóre subtelniejsze, niektóre dużo mniej. Niektóre prawdziwe, niektóre tylko prawdopodobne, a niektórych jeszcze sama do końca nie rozumiem.
Ale wszystkie mają jedną wspólną zmienną. Mnie.
Nie wiem, czy to dobrze. Na razie wynik pozostaje niejednoznaczny.
Możesz zacząć od pierwszej kartki albo od tej, której tytuł najbardziej nie powinien Cię interesować. Mam podejrzenie, że drugi sposób jest skuteczniejszy.
Cztery zbiory, każdy z numerem. Kartka należy do dokładnie jednego. Inaczej nie dałoby się niczego policzyć.
Obserwacja własna. Pomiary, które zwykle wymykają się metodologii.
|Ciało jako obiekt badań| = 3
Mój mąż i ja. Wspólne zabawy, fantazje wypowiedziane na głos i wszystko, co z nich wyszło.
|Układ dwóch ciał| = 1
Liczby zespolone mają część rzeczywistą i urojoną. Ja też. Tu mieszka ta druga.
|Część urojona| = 2
To, co zostaje, gdy wszystko inne podzieliło się równo.
|Reszta z dzielenia| = 4
Mam na imię Nadia. Przynajmniej tutaj.
Mam trzydzieści lat, jestem nauczycielką matematyki, mam męża, którego nadal bardzo lubię oglądać bez ubrania, i mieszkam gdzieś w jednym z dużych polskich miast.
To ostatnie musi Ci wystarczyć. Na razie.
Nie znajdziesz tutaj mojego nazwiska. Nie pokażę Ci szkoły, w której pracuję. Nie wrzucę zdjęcia twarzy z podpisem „poznajmy się bliżej”, bo wtedy cały ten eksperyment straciłby połowę uroku.
A ja bardzo lubię eksperymenty. Zwłaszcza takie, w których sama jestem materiałem badawczym.
W normalnym życiu wyglądam prawdopodobnie znacznie mniej podejrzanie, niż sugeruje zawartość tego bloga. Pracuję, robię zakupy, zapominam wyjąć pranie, piję zdecydowanie za dużo kawy i stoję przy tablicy, tłumacząc rzeczy, które dla mnie są oczywiste, komuś, kto patrzy na nie tak, jakbym właśnie zapisała instrukcję otwarcia portalu do innego wymiaru.
Lubię matematykę. Naprawdę. Lubię moment, kiedy coś, co jeszcze pięć minut temu było chaosem, nagle zaczyna mieć strukturę: dane, zależność, rozwiązanie. To jest bardzo satysfakcjonujące.
I skoro już tu jesteś: ten zeszyt zrobiłam sama. Każdą kartkę, każdą zakładkę, ten nieszczęsny czerwony margines, który przez trzy wieczory uparcie nie chciał trzymać się właściwej krawędzi.
Nauczycielka matematyki pisząca po nocach własny anonimowy zeszyt o tym, co robi ze swoim ciałem. Wiem, jak to brzmi. Brzmi jak ktoś, kto chciał mieć kontrolę nad każdą warstwą tego eksperymentu.
Nie zaprzeczam. Problem polega na tym, że jakieś kilka lat temu zaczęłam zauważać, że mój własny organizm wyjątkowo słabo współpracuje z tą filozofią.
Ciało nie lubi eleganckich modeli. Szczególnie moje.
Jestem kobietą, która potrafi przez pół godziny analizować, dlaczego coś ją podnieca, a potem wystarczy, że mąż pocałuje mnie w odpowiednie miejsce na szyi i cały projekt badawczy idzie się jebać.
Tak. To również jestem ja.
I chyba właśnie z tej sprzeczności powstał ten blog. Z jednej strony mam bardzo uporządkowaną głowę, z drugiej wyobraźnię, której czasem naprawdę przydałby się nadzór.
Przez długi czas traktowałam te dwie części siebie jak osobne pokoje. W jednym była pani od matematyki. W drugim kobieta, która ma fantazje, zabawki, ulubione pozycje, rzeczy, których chce spróbować, rzeczy, których się trochę wstydzi, i rzeczy, których nie wstydzi się już ani trochę.
W końcu uznałam, że zamykanie drzwi pomiędzy tymi pokojami jest zwyczajnie męczące, więc je otworzyłam.
Trafiłeś właśnie do środka.
Jestem mężatką. Szczęśliwie.
To ważna informacja, bo podejrzewam, że prędzej czy później przeczytasz tutaj rzeczy, po których możesz zacząć zadawać sobie pytania. Niektóre całkiem rozsądne.
Mojego męża nie traktuję jako statysty w moich historiach. To człowiek, z którym dzielę życie i z którym od kilku lat odkrywam, że bardzo udane małżeństwo wcale nie musi oznaczać przewidywalnego seksu. Wręcz przeciwnie: znamy się na tyle dobrze, że możemy bezpiecznie robić rzeczy, przy których z kimś obcym prawdopodobnie połowę czasu zastanawiałabym się, gdzie są moje ubrania i czy powinnam już uciekać.
On zna mnie. Czasem irytująco dobrze. Wie, kiedy naprawdę mówię „nie”, i wie też, kiedy robię minę człowieka, który zamierza protestować jeszcze dokładnie przez cztery sekundy.
Ta wiedza bywa niebezpieczna. Dla mojej godności głównie.
Nie będę tutaj udawała seksualnej bogini, bo nią nie jestem.
Czasami podczas seksu wyglądam świetnie, a czasami dostaję skurczu w łydce. Czasami mam fantazję, która podnieca mnie przez trzy miesiące, a kiedy próbujemy ją zrealizować, po pięciu minutach stwierdzam:
— Nie. To było lepsze w głowie.
Czasami robię się mokra od czegoś, co sama uważam za absurdalne. Czasami chcę być traktowana bardzo delikatnie, a czasami dokładnie odwrotnie.
Mam swoje granice, swoje dziwactwa i kilka rzeczy, o których jeszcze tutaj nie napiszę. Nie dlatego, że są aż tak straszne; po prostu nie dostaje się wszystkiego na pierwszej randce.
Jeżeli koniecznie potrzebujesz obrazu, mogę dać Ci kilka elementów. Mam długie włosy, lubię swoją talię i mam biodra, których nie da się szczególnie skutecznie udawać, że nie istnieją. Sukienki zwykle leżą na mnie inaczej niż na wieszaku i bardzo mi to odpowiada.
W pracy ubieram się normalnie, profesjonalnie, ale czasem zostawiam sobie jakiś drobiazg, o którym wiem tylko ja. Koronkę. Bieliznę. Perfumy. Nic spektakularnego. Lubię po prostu mieć gdzieś pod całym tym porządkiem mały prywatny sekret.
To prawdopodobnie mówi o mnie więcej niż obwód bioder podany w centymetrach.
Po co więc piszę? To pytanie jest odrobinę bardziej niewygodne.
Mogłabym powiedzieć, że chcę rozmawiać o seksualności bez wstydu. Prawda. Mogłabym powiedzieć, że ciekawi mnie psychologia pożądania. Też prawda. Mogłabym dodać, że lubię analizować własne reakcje i próbować zrozumieć, dlaczego ciało robi dokładnie to, co robi. Nadal prawda.
Ale nie byłaby to cała odpowiedź, bo jest jeszcze coś: podnieca mnie, że to czytasz.
Anonimowość robi ze mną dziwne rzeczy. Mogę siedzieć wieczorem przy kuchennym stole w za dużej koszulce, z kubkiem kawy obok laptopa, i opisywać bardzo prywatną rzecz ze świadomością, że następnego dnia przeczyta ją ktoś, kogo nigdy nie widziałam. Może mężczyzna. Może kobieta. Może para leżąca razem w łóżku.
Nie wiem. I właśnie to „nie wiem” jest częścią zabawy: trochę ekshibicjonizmu bez rozbierania się przed Tobą naprawdę.
Chociaż… metaforycznie sytuacja wygląda już trochę gorzej.
Nie obiecuję, że wszystkie wpisy będą grzeczne. Właściwie dość bezpiecznie mogę obiecać coś przeciwnego.
Będę pisała o małżeństwie, o fantazjach, o tym, czego próbujemy, o rzeczach, które okazują się genialne, i takich, po których patrzymy na siebie i zaczynamy się śmiać. O moim ciele. O jego ciele. O potrzebie kontroli i o tym, dlaczego czasem największą ulgą jest dla mnie właśnie jej oddanie. O wstydzie i o ciekawości.
Pewnie o spermie. Znając mnie, zdecydowanie o spermie.
Nie będę jednak robiła encyklopedii Nadii. Nie dowiesz się od razu wszystkiego, bo chcę mieć jeszcze trochę miejsc, do których nie masz dostępu.
Jeszcze.
Więc na początek wystarczy: Nadia, trzydzieści lat, matematyczka, żona, kobieta o zdecydowanie zbyt aktywnej wyobraźni. I osoba, która przez wiele lat uważała, że najlepiej czuje się wtedy, kiedy rozumie wszystkie zmienne.
Ostatnio coraz bardziej podejrzewam, że najciekawsze zaczyna się właśnie tam, gdzie jednej z nich nie potrafię kontrolować.
Której? Cóż. Przeczytaj kilka kolejnych wpisów.
Zeszyt obsługuje się inaczej niż zwykła strona. Notacja, czyli jak go czytać.
Tu nic nie jest gotowe. Zapisuję pomysły, zanim zdecyduję, czy w ogóle chcę je mieć.
23:17. Zauważyłam, że to trzeci raz w tym tygodniu. Nie ustawiam budzika. Po prostu wtedy przestaję udawać, że mi się chce spać.
Nie wiem jeszcze, czy piszę to dla siebie, czy dla Ciebie. Sprawdzę za miesiąc.
Model przewidywał jeden tekst tygodniowo. Piszę prawie codziennie. Publikuję rzadko.i dobrze.
Jest jedna myśl, której nie zapisuję od trzech dni. Nie dlatego, że jej nie mam. Dlatego, że zapisana zaczęłaby coś ważyć.
Tu ląduje to, czego jeszcze nie chcę mieć na stałe. Ołówek to jedyna uczciwa forma zapisu dla rzeczy, które jutro mogę wymazać gumką. I czasem to robię.
Jeżeli któregoś dnia tego tu nie będzie, to znaczy, że gumka wygrała.
W każdej porządnej pracy jest sekcja, w której autor tłumaczy, co znaczą użyte symbole. Zanim zacznie ich używać.
Ten zeszyt nie wygląda jak strona internetowa i to jest celowe. Poniżej wszystko, co trzeba wiedzieć, żeby się w nim nie zgubić. Zajmie Ci to minutę.
Rejestr badań to serce zeszytu, spis wszystkich kartek, które kiedykolwiek napisałam. Zielona zakładka, zawsze pierwsza. Znajdziesz tam dwie listy:
Kiedy czytasz kartkę, podświetlona jest zakładka zbioru, do którego należy. Ten sam numer i kolor zobaczysz pod datą. Zakładka „N." prowadzi tutaj: do mnie, do zasad, do tej instrukcji i do kontaktu.
Do tego karteczki na wąskim papierze (zapiski robocze i wyniki prób), zapis rozmowy z ekranu i, rzadko, coś, co zobaczyłam tylko w wyobraźni. Poznasz po tym, że wygląda inaczej niż reszta.
W niedzielę wieczorem zwykle jeszcze siedzę nad zeszytem.
Nie prowadzę żadnej listy. Nie zapisuję nikogo, nie wysyłam powiadomień i nie mam formularza, który udawałby, że jest inaczej. Mam jedną skrzynkę i zeszyt.
Nowa kartka pojawia się w niedzielę wieczorem. To cała obietnica. Jeśli chcesz wiedzieć, co dalej, po prostu wróć.
A jeśli chcesz coś powiedzieć, napisz. Odpisuję z tej samej skrzynki.
Piszesz z własnej skrzynki, więc znam Twój adres, to uczciwsze niż formularz, który udaje, że go nie zna. Zostaje tam, gdzie przyszedł: w jednej skrzynce. Nie trafia na żadną listę, do żadnego narzędzia i do nikogo poza mną. Poprosisz, kasuję całą korespondencję.
Nie wiem jeszcze, dokąd mnie to zaprowadzi.
To akurat trochę mnie niepokoi.
I chyba właśnie dlatego tak bardzo mnie podnieca.