Część urojona
Liczby zespolone mają część rzeczywistą i urojoną. Ja też. Tu mieszka ta druga.
o tym zbiorze rozłóż kartkę złóż z powrotem
Liczby zespolone mają część rzeczywistą i urojoną. Ja też.
Przez długi czas uważałam, że moja część rzeczywista jest całkiem dobrze opisana: trzydzieści lat, mąż, praca, kawa pita za szybko, ciało reagujące czasem rozsądnie, a czasem w sposób, który należałoby zgłosić autorowi modelu. Część urojona nie daje się tak łatwo wpisać do tabeli.
Właśnie dlatego ją wydzielam.
Fantazje erotyczne kobiet interesują mnie od momentu, kiedy dotarło do mnie, że własnych nie potrafię uczciwie podzielić na „chcę” i „nie chcę”. Potrzebuję co najmniej trzeciej kategorii: „chcę o tym myśleć, bardzo mnie to podnieca i absolutnie nie zamierzam sprawdzać, jak wyglądałoby w praktyce”.
Ta kategoria jest podejrzanie pojemna.
Są fantazje, które pojawiają się raz, robią swoje i znikają. Kilka minut później zostaje po nich tylko przyspieszone tętno i pytanie, skąd mój mózg w ogóle wyciągnął taki pomysł.
Inne wracają.
Te są ciekawsze, bo powtarzalność zawsze budzi we mnie zawodową podejrzliwość. Jeśli ten sam obraz pojawia się trzeci, piąty, ósmy raz, zaczynam go oglądać dokładniej. Co właściwie mnie w nim podnieca? Osoba? Sytuacja? Ryzyko? Wstyd? To, że ktoś patrzy? To, że nie muszę niczego inicjować? A może przeciwnie, że w tej konkretnej wersji siebie robię rzeczy, na które rzeczywista ja potrzebowałaby formularza, dwóch dni namysłu i herbaty?
Zwykle odpowiedź jest mniej elegancka.
Czasem po prostu chcę czegoś cholernie mocno.
To właśnie tu odkładam fantazje, które chciałabym kiedyś przenieść do rzeczywistości, oczywiście po przeliczeniu warunków brzegowych. Fantazja nie musi przechodzić do życia w całości. Wystarcza element: sposób patrzenia, oddanie kontroli, konkretne słowo, uczucie bycia obserwowaną, związane ręce, polecenie wypowiedziane tonem, przy którym mój organizm przestaje interesować się demokratycznym procesem decyzyjnym.
Mój mąż bywa przy tym wyjątkowo niewygodnym współpracownikiem.
Nie zna tego dziennika i nie wie, że niektóre jego zachowania trafiają później do prywatnego laboratorium analizy. Wie natomiast doskonale, jak reaguję, kiedy coś naprawdę na mnie działa. Mogę twierdzić, że tylko sprawdzam. Mogę wyglądać na opanowaną przez całe, ambitne kilkanaście sekund.
Potem wystarczy, że spojrzy.
Dane stają się jednoznaczne.
Nie wszystkie kobiece fantazje erotyczne nadają się jednak do testowania. Właściwie jednym z ciekawszych odkryć jest dla mnie to, jak słaby związek potrafi istnieć między siłą podniecenia a chęcią realizacji.
Niektóre obrazy działają właśnie dlatego, że pozostają niemożliwe.
Obcy mężczyzna może pojawić się w mojej głowie bez imienia, historii i rachunku do zapłacenia następnego ranka. Nie muszę wiedzieć, czym się zajmuje, czy chrapie, jak głosuje ani dlaczego zostawia kubki obok zmywarki zamiast w zmywarce. Jest funkcją. Pewnym zestawem cech, spojrzeniem, głosem, dłonią zatrzymaną w odpowiednim miejscu.
W rzeczywistości nie chcę obcego.
Chcę czasami tego, co obcość robi z fantazją: usuwa konsekwencje.
To rozróżnienie zajęło mi trochę czasu, głównie dlatego, że łatwiej powiedzieć sobie „fantazjowałam o innym facecie” niż przyznać, że człowiek z tej fantazji jest mniej człowiekiem, a bardziej konstrukcją służącą do wywołania określonego stanu mojego ciała.
Bardzo skuteczną konstrukcją, dodajmy.
Fantazje erotyczne kobiet często opisuje się tak, jakby były ukrytym katalogiem zamówień. Pomyślałaś o czymś podczas masturbacji, więc podobno gdzieś pod spodem naprawdę tego chcesz.
Gdybym stosowała tę logikę do własnej głowy, powinnam natychmiast zatrudnić prawnika.
Wyobraźnia nie składa mi zeznań pod przysięgą. Produkuje bodźce.
Czasem interesuje ją coś, czego rzeczywista ja nie zaakceptowałaby nawet w wersji demonstracyjnej. Czasem przesuwa granice właśnie po to, żeby sprawdzić reakcję. Pozwala mi patrzeć na siebie w sytuacji, do której nigdy świadomie bym nie weszła, i odkrywać, że moje ciało potrafi na nią odpowiedzieć zupełnie bez konsultacji z moimi poglądami.
Pierwsze takie odkrycia zawstydzały mnie bardziej, niż chciałam przyznać.
Leżę czasem po wszystkim, jeszcze z ciepłem między nogami, i analizuję kilka ostatnich minut jak dowód, w którym wynik wyszedł poprawny, choć metoda wydaje się moralnie podejrzana. Najbardziej irytujące jest to, że ciało nie chce ze mną dyskutować.
Jestem mokra.
Trudno polemizować z pomiarem.
Z czasem zaczęłam traktować wstyd trochę mniej poważnie. Nie zniknął. Nadal istnieją fantazje, które zapisuję ostrożniej, zmieniam kilka szczegółów, wracam do zdania po godzinie i zastanawiam się, czy naprawdę zamierzam zostawić je czarno na białym.
Zostawiam.
Anonimowość ma swoje zalety, ale nawet anonimowa kobieta potrafi się rumienić przed własnym plikiem tekstowym. Jest w tym coś absurdalnego: sama wymyślam scenę, sama ją przeżywam we własnej głowie, sama się przy niej podniecam, a potem zachowuję się tak, jakby ktoś mógł mnie na niej przyłapać.
Kto dokładnie?
Ja.
Najbardziej bezlitosny świadek.
Dlatego właśnie rzeczy, których wstydzę się najbardziej, numeruję ostrożniej od reszty. Jakby bardziej dyskretna liczba mogła zmniejszyć zawartość zdania.
Nie może.
W tej części pojawia się też obserwator, ponieważ motyw bycia widzianą wraca u mnie z regularnością, której nie da się już uznać za przypadek.
Nie zawsze chodzi o pokazanie ciała. To byłoby zbyt proste.
Czasami bardziej podniecająca okazuje się świadomość, że ktoś wie. Że patrzy wystarczająco długo, żeby zauważyć zaciskające się uda. Że słyszy zmianę oddechu. Że rozpoznaje ten moment, w którym próbuję zachować normalny wyraz twarzy, choć w środku cała elegancka konstrukcja właśnie traci nośność.
W rzeczywistości sama myśl o podobnej sytuacji potrafiłaby mnie sparaliżować.
W fantazji robi coś odwrotnego.
To należy do tych sprzeczności, których nie chcę rozwiązywać. Lubię je właśnie w tej postaci. Wyobrażenie zapewnia mi pełną kontrolę nad utratą kontroli, co brzmi jak logiczna niemożliwość, dopóki człowiek nie przypomni sobie, że mówimy o seksie.
Logika ma tam ograniczone kompetencje.
Są też sytuacje, których nigdy nie będzie. Nie dlatego, że brakuje mi odwagi. Po prostu cała ich konstrukcja działa wyłącznie jako fikcja.
Mogę w niej inaczej reagować. Mogę powiedzieć „tak” szybciej, niż powiedziałabym naprawdę. Mogę wejść do pomieszczenia, do którego rzeczywista ja nawet by nie zajrzała. Mogę pozwolić komuś patrzeć albo sama patrzeć na coś, co w normalnym życiu uruchomiłoby raczej potrzebę wyjścia niż zsunięcia dłoni pod bieliznę.
Fantazja ma tę przewagę, że zatrzymuje konsekwencje dokładnie tam, gdzie chcę.
Mogę przerwać.
Zmienić osobę.
Cofnąć zdanie.
Zwiększyć napięcie, usunąć lęk, zostawić wstyd, bo akurat wstyd bywa potrzebny. Mogę zbudować sytuację tak precyzyjnie, że działa na mnie lepiej niż wiele rzeczy, które wydarzyły się naprawdę.
I tak, czasem uważam to za trochę obraźliwe dla rzeczywistości.
Odkąd zapisuję własne fantazje erotyczne, przestało mnie interesować pytanie, czy są „normalne”. Słowo „normalne” przy zbiorze jednoelementowym ma niewielką wartość statystyczną.
Bardziej interesuje mnie, po co dana fantazja wraca.
Fantazje erotyczne kobiet mogą mówić o pożądaniu, ale potrafią też mówić o kontroli, zmęczeniu kontrolą, ciekawości, potrzebie uwagi, chęci zniknięcia na chwilę z własnej codzienności albo o bardzo prostym pragnieniu, żeby ktoś dorosły i świadomy dokładnie wiedział, czego chce od mojego ciała.
Nie zawsze musi to być głębokie.
Czasami odpowiedź na pytanie „dlaczego mnie to podnieca?” brzmi: bo tak.
Próbowałam kiedyś znaleźć lepszą.
Nie znalazłam.
Ta część dziennika jest więc miejscem dla wszystkich scen, które wydarzyły się wyłącznie pomiędzy moimi uszami, choć skutki potrafią być zdecydowanie bardziej anatomiczne. Trafiają tu fantazje erotyczne do spełnienia z mężem, pomysły wymagające pewnych modyfikacji, wersje, których realizować nie chcę, oraz takie, przy których sama długo nie wiem, do której grupy je zaliczyć.
Nie spieszę się z odpowiedzią.
Jedną z przyjemniejszych właściwości fantazji jest możliwość pozostawienia jej nierozstrzygniętą.
Może wrócić później i zmienić kształt. Obcy staje się czasem moim mężem, obserwator znika, kontrola przechodzi z jednej strony na drugą. Element, który uważam za sedno, po kilku powtórzeniach okazuje się dekoracją, a drobiazg zauważony wcześniej tylko kątem świadomości nagle robi ze mną znacznie więcej.
To właśnie wtedy fantazje seksualne robią się dla mnie naprawdę interesujące.
Nie dlatego, że stają się coraz bardziej odważne. Odwaga jest kiepską jednostką miary.
Stają się dokładniejsze.
Rozpoznaję, że w jednej chodzi mi o spojrzenie, w drugiej o bezruch, w trzeciej o możliwość oddania decyzji na kilka minut komuś, komu ufam. Sceneria może się zmieniać, człowiek w wyobraźni również, a konkretny mechanizm pod spodem pozostaje ten sam.
Ciało najwyraźniej ma swoje ulubione równania.
Ja dopiero uczę się czytać zapis.
Jeżeli więc szukam odpowiedzi na pytanie, o czym fantazjują kobiety, własna dokumentacja daje mi jedną bardzo niewygodną: o rzeczach sprzecznych. O tym, czego chcą i czego nigdy nie zrobią. O bezpieczeństwie oraz kontrolowanej utracie bezpieczeństwa. O byciu widzianą i o anonimowości. O własnym partnerze w sytuacji, której jeszcze z nim nie przeżyły, i o kompletnie nierealnym obcym, który przestaje istnieć sekundę po orgazmie.
Przynajmniej mój przestaje.
Bardzo praktyczne.
Nie uważam swoich fantazji za tajną wersję prawdziwej mnie. Ta prawdziwa też tu jest: ta sama, która czasem fantazjuje, czasem się masturbuje, czasem rumieni się po własnej myśli, a potem rano robi kawę i zastanawia się, dlaczego akurat ten jeden szczegół z poprzedniego wieczoru nadal siedzi jej w głowie.
Fantazja niczego mi nie odbiera.
Daje dodatkową przestrzeń.
Mogę w niej być odważniejsza, bardziej uległa, bardziej bezwstydna albo przeciwnie, zawstydzona w sposób, który sam staje się podniecający. Mogę pozwolić swojemu ciału reagować bez obowiązku tłumaczenia tej reakcji przed komisją złożoną ze mnie samej.
Komisja i tak sporządza notatki później.
Tu właśnie je odkładam.
Część urojoną.
Najmniej rzeczywistą część mojego dziennika i, ku mojej umiarkowanej irytacji, jedną z tych, po których najczęściej muszę zmieniać bieliznę.
Matematyka nie przewidywała takiego zastosowania liczb zespolonych.
Ja też nie.
- fantazje, które chcę kiedyś rozwiązać w rzeczywistości
- te, które mają zostać urojone, i wyjaśnienie, dlaczego tak jest lepiej
- obserwator, obcy, sytuacje, których nigdy nie będzie
- rzeczy, których wstydzę się na tyle, że numeruję je ostrożniej niż resztę