zbiór I

Ciało jako obiekt badań

Obserwacja własna. Pomiary, które zwykle wymykają się metodologii.

o tym zbiorze rozłóż kartkę złóż z powrotem

Pierwszą notatkę zrobiłam po seksie.

Nie pamiętam, co dokładnie wydarzyło się wcześniej. To znaczy pamiętam, ale nie na tyle dobrze, żeby uczciwie odtworzyć całą scenę. Pamiętam za to, że leżałam później na plecach, mąż już prawie spał, a mnie jedna rzecz nie dawała spokoju.

Dlaczego tym razem zadziałało?

To samo łóżko, ten sam człowiek, to samo ciało, mniej więcej ten sam zestaw czynności. A efekt zupełnie inny.

Wzięłam telefon i zapisałam:

wolniej było lepiej.

Tyle. Bardzo zaawansowany materiał naukowy.

Kilka dni później dopisałam drugą rzecz. Potem następną. W końcu zaczęłam podejrzewać, że przez trzydzieści lat żyłam we własnym ciele, korzystałam z niego codziennie, uprawiałam seks, masturbowałam się, miałam orgazmy, okresy, zachcianki, momenty kompletnego braku ochoty i bardzo konkretne fantazje, a mimo to sporą część tego wszystkiego traktowałam jak pogodę.

Dzisiaj jest tak. Jutro może być inaczej. Nie ma co drążyć.

Otóż chyba jest. I właśnie tutaj drążę.


Mam słabość do rzeczy, które można sprawdzić. Jeżeli ktoś mówi mi, że coś „działa”, odruchowo chcę wiedzieć: na kogo, kiedy i w jakich warunkach.

To wyjątkowo niewygodna cecha przy czytaniu porad dotyczących seksu, bo internet jest pełen zdań zaczynających się mniej więcej tak: „Ta pozycja doprowadzi ją do szaleństwa”.

Którą „ją”? Mnie? Bo jeżeli mnie, to chciałabym wcześniej zobaczyć metodologię.

Przez lata wypróbowałam rzeczy, które zgodnie z internetem powinny zmienić moje życie, a w praktyce zmieniły głównie pozycję mojego kolana względem materaca. I odwrotnie: niektóre najprostsze rzeczy działają na mnie absurdalnie dobrze. Bez akrobatyki, bez instrukcji, bez nazwy zapożyczonej z sanskrytu.

Czasem wystarczy kilka centymetrów różnicy. Albo to, że mogę patrzeć na męża. Innym razem dokładnie to przeszkadza.

Przez jakiś czas próbowałam z tego zrobić system. To był ambitny pomysł i nie wyszedł, bo moje ciało nie ma obowiązku zachowywać się konsekwentnie tylko dlatego, że lubię konsekwencję.

Dlatego kiedy piszę tutaj o pozycjach seksualnych, nie znajdziesz rankingu od pierwszego do dziesiątego miejsca ani pieczątki „Nadia poleca”. Będzie raczej: spróbowałam, to mi zrobiło dobrze, to było kompletnie przereklamowane, to zadziałało dopiero za trzecim razem, a przy tamtym byłam pewna, że będzie genialnie, po czym po dwóch minutach pomyślałam głównie o tym, że zdrętwiała mi stopa.

Tak też wygląda seks. Całkiem często.


Z zabawkami erotycznymi mam podobnie. Lubię je, a jeszcze bardziej lubię sprawdzać, czy rzeczywiście zasłużyły na opis umieszczony na pudełku. To czasami dwie różne rzeczy.

Mój pingwin okazał się jednym z lepszych zakupów i nadal bawi mnie, że coś o wyglądzie zabawki, którą dziecko mogłoby próbować zabrać do kąpieli, potrafi tak skutecznie zmienić moje plany na wieczór.

Ale miałam też rzeczy, które kosztowały zdecydowanie za dużo jak na poziom emocji, który wywołały. Włączasz, czekasz, próbujesz inaczej, czytasz instrukcję drugi raz, bo może jednak coś przegapiłaś. Nie. Po prostu nie działa na ciebie. Koniec.

Mam wrażenie, że kobiety za rzadko mówią o tym wprost. Jeśli gadżet kosztował kilkaset złotych, wygląda pięknie i pięć tysięcy osób wystawiło mu pięć gwiazdek, pojawia się podejrzenie, że problem leży po twojej stronie.

Nie leży. Przynajmniej nie musi.

Mam takie urządzenie w szufladzie. Nie podam jeszcze nazwy, bo chcę dać mu ostatnią szansę; tak, zdaję sobie sprawę, jak idiotycznie brzmi „dać ostatnią szansę wibratorowi”, ale jesteśmy już za daleko, żeby teraz udawać poważnych ludzi.

Jeżeli ponowny test również zakończy się wzruszeniem ramion, napiszę dokładnie to. Recenzja będzie krótka.


Masturbacja jest łatwiejsza do badania. Przynajmniej teoretycznie.

Nie ma drugiej osoby, nie ma konieczności zastanawiania się, czy mój mąż zrobił coś przypadkiem, czy zauważył reakcję i celowo to powtórzył. Nie ma jego oddechu, zapachu, spojrzenia ani tej irytującej zdolności robienia jednej małej rzeczy w taki sposób, że wszystkie moje zamiary dotyczące „spokojnego wieczoru” przestają mieć znaczenie.

Jestem tylko ja. To powinno upraszczać sytuację, ale nie upraszcza aż tak bardzo, jak liczyłam, bo zostaje głowa. A głowa jest najgorszą zmienną ze wszystkich.

Zdarzało mi się masturbować dokładnie w ten sam sposób dwa razy i mieć dwa kompletnie różne doświadczenia. Raz ciało odpowiada natychmiast; innego dnia mogę wykonywać tę samą czynność i mieć wrażenie, że próbuję uruchomić samochód bez paliwa. Nie pomaga technika, nie pomaga cierpliwość. Po prostu nie.

Jeszcze ciekawsze jest to, jak dużo potrafi zmienić sama myśl. Nie dotyk. Myśl. Fantazja. Jedno wyobrażenie, czasem coś, co wcześniej uważałam za seksualnie obojętne.

To są moje ulubione wyniki. Najbardziej niewygodne też, bo jeśli ręka robi dokładnie to samo, a całe doświadczenie zmienia się po tym, co pojawiło się w głowie, trudno nadal udawać, że seksualność jest wyłącznie sprawą mechaniki.

Mam notatki z takich sytuacji. Nie prowadzę tabeli, jeszcze nie; zapisuję tylko rzeczy, których nie chcę zapomnieć.

„Nie przyspieszać.”

„To chyba bardziej siedzi w głowie.”

„Spróbować ponownie przed okresem.”

„Dlaczego akurat TO?”

Ostatnie pojawia się najczęściej.


Z orgazmem też miałam kiedyś prostszą relację. Był albo go nie było, a jeżeli był, seks najwyraźniej się udał. Bardzo wygodny system oceniania. Tylko że nieprawdziwy.

Miałam seks bez orgazmu, który pamiętam do dziś, i miałam orgazmy, których kilka godzin później właściwie już nie pamiętałam. Są takie, po których chcę leżeć nieruchomo, i takie, po których robię się jeszcze bardziej pobudzona. Są takie, które zaczynają się powoli i długo nie wiem, czy w ogóle do nich dojdzie, oraz bardziej gwałtowne, prawie irytujące w swojej skuteczności.

Nie potrafię uczciwie wrzucić tego wszystkiego do jednej rubryki, więc przestałam próbować.

Nie oznacza to, że orgazm przestał mnie interesować, absolutnie nie. Po prostu nie traktuję go już jak końcowego wyniku egzaminu. Zresztą jako nauczycielka powinnam wiedzieć, że pojedynczy wynik potrafi bardzo słabo opisywać cały proces.

To chyba wystarczająca ilość matematyki na ten wpis.


Jest jeszcze cykl. Przez lata oczywiście wiedziałam, że wpływa na moje ciało, teoretycznie. Tylko że wiedzieć teoretycznie a zacząć zauważać konkretne powtarzające się reakcje to dwie różne rzeczy.

Są dni, kiedy wystarczy naprawdę niewiele: dotyk jest mocniejszy, zapach bardziej wyraźny, a mąż wygląda podejrzanie atrakcyjnie, chociaż rano wyglądał dokładnie tak samo. Czasem mam wtedy ochotę inicjować rzeczy, o których tydzień później pomyślę: serio?

Tak. Serio.

Są też dni, kiedy ciało nie chce negocjować. Mogę kochać męża dokładnie tak samo jak zawsze, mogę uważać go za równie atrakcyjnego, mogę nawet intelektualnie stwierdzić, że seks brzmi jak całkiem dobry pomysł. I nic. Układ nie odpowiada.

Kiedyś traktowałam takie momenty trochę jak awarię. Teraz raczej je zapisuję.

Nie mam zamiaru robić tutaj pseudomedycznego wykładu o hormonach; od tego są ludzie, którzy naprawdę się na tym znają. Mogę powiedzieć tylko, co dzieje się ze mną. I okazuje się, że obserwowanie jednej kobiety przez dłuższy czas jest znacznie ciekawsze niż czytanie kolejnego artykułu o tym, co „kobiety” rzekomo lubią.

Ja sama nie zawsze lubię dziś to samo, co lubiłam dwa tygodnie temu. Powodzenia z uogólnianiem.


Ta część mojego zeszytu będzie więc trochę bałaganiarska i tak powinno być.

Trafią tutaj testy zabawek erotycznych, ale też wpis o urządzeniu, które mnie rozczarowało. Opis pozycji, którą lubię, obok takiej, której popularności kompletnie nie rozumiem. Masturbacja, orgazm, cykl, zwykłe obserwacje. Prawdopodobnie kilka rzeczy, przy których po publikacji będę się zastanawiała, czy naprawdę musiałam być aż tak szczera.

Nie wszystko będzie erotycznym opowiadaniem w klasycznym sensie. Czasem będzie historią, czasem kartką z notatnika, a czasem wynikiem eksperymentu, który nie dał żadnego wyniku.

To ostatnie też jest wynikiem. Niestety.

Najbardziej interesują mnie jednak te momenty, kiedy ciało robi coś, czego się po nim nie spodziewałam: kiedy reaguje na fantazję, którą rozsądek odrzucił, kiedy rzecz mająca być genialna okazuje się nudna, kiedy banalny gest działa mocniej niż wymyślna technika, kiedy orientuję się, że od miesięcy powtarzałam sobie coś na własny temat, a ono właśnie przedstawiło dane przeciwne.

Mam wtedy dwa wyjścia: zignorować wynik albo poprawić hipotezę. Staram się wybierać drugie. Nie zawsze od razu.


Dzisiaj znam własne ciało dużo lepiej niż kilka lat temu i jednocześnie jestem znacznie mniej skłonna twierdzić, że je znam. To chyba uczciwy postęp.

Nie potrzebuję już odpowiedzi na pytanie, jaka pozycja jest najlepsza, jaka zabawka „gwarantuje orgazm” ani jak często powinnam mieć ochotę na seks. Wolę mniejsze pytania. Co działa na mnie? Dzisiaj. Dlaczego? Czy zadziała drugi raz? I co się zmieniło, jeśli nie?

Czasami odpowiedź znajdę. Czasami będzie leżała obok mnie w łóżku i twierdziła, że od początku wiedziała.

Mąż ma paskudny zwyczaj robienia tego z miną człowieka bardzo zadowolonego ze swojej metodologii.

— N.
co tu znajdziesz
  • pozycje: co działa, co nie działa i dlaczego, bez ściemy
  • zabawki, testy i recenzje, łącznie z tymi, które okazały się rozczarowaniem
  • masturbacja jako metoda badawcza, prowadzona z notatnikiem pod ręką
  • orgazm, cykl i reakcje ciała, które nie pytają mnie o zdanie
3 kartek tutaj
1
spis zbioru

|Ciało jako obiekt badań| = 3

Matematyczka Dyskretna treści dla dorosłych 18+

Zapiski są literaturą. Daty, miejsca i kolejność bywają zmienione.

Nie podrzucam Ci ciasteczek. Nic po Tobie tu nie zostaje, żadnego śladu na pościeli, żadnego numeru zapisanego na marginesie. Liczę tylko, ile osób zajrzało i skąd, zbiorczo. Wychodzisz stąd dokładnie tak anonimowy, jak wszedłeś. Spokojniejszy niekoniecznie.

© 2026 N. Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem do zmiany zdania.

Prowadzę ten zeszyt, bo okazało się, że jestem najbardziej nieprzewidywalnym obiektem badań, jaki miałam pod ręką.

Nie piszę, żeby kogoś podniecić. Piszę, żeby sprawdzić, co się właściwie stało i dlaczego nadal o tym myślę trzy dni później. To, że przy okazji jest to nieprzyzwoite, uznaję za wynik eksperymentu, a nie jego cel.

2