Twierdzenie o Obserwatorze Ukrytym
Mój mąż nie wie o tym blogu.
To prawdopodobnie najważniejsza informacja, jaką powinnam zostawić tutaj na początku, i jednocześnie pierwsza, której trochę głupio mi się przyznać. Bo my właściwie nie mamy przed sobą wielu tajemnic.
Zna kod do mojego telefonu. Wie, ile naprawdę wydaję na książki, choć czasem dla dobra naszego małżeństwa oboje udajemy, że nie wie. Zna moje ciało od tylu lat, że potrafi czasem przewidzieć moją reakcję szybciej ode mnie. Wie, czego lubię. Wie, czego nie lubię. Wie też o kilku rzeczach, które kiedyś uważałam za fantazje przeznaczone wyłącznie do przechowywania w głowie.
A jednak o tym miejscu nie wie. Jeszcze.
I chyba właśnie dlatego mogę tutaj pisać.
Zanim ktoś mnie poprawi: wiem, że zasada nieoznaczoności Heisenberga nie brzmi „jak patrzysz na elektron, to się denerwuje i zachowuje inaczej”. Spokojnie, nie jestem fizyczką, ale aż tak źle ze mną nie jest.
Sama zasada mówi o granicy jednoczesnego określenia pewnych par wielkości fizycznych. Mnie jednak od dawna bardziej fascynuje szerszy problem pomiaru: kiedy próbujesz coś zbadać, bardzo łatwo przestać być neutralnym obserwatorem. Sam fakt prowadzenia eksperymentu zaczyna wpływać na eksperyment.
I dokładnie z tym mam problem, bo gdyby mój mąż wiedział, że prowadzę ten dziennik, nie potrafiłabym pisać tak samo. Jestem tego pewna.
Wyobraźmy sobie prostą sytuację. Wieczorem robi coś, co doprowadza mnie do stanu, w którym następnego dnia przy śniadaniu patrzę na niego znad kubka i myślę:
Ty naprawdę nie masz pojęcia, co zrobiłeś.
Potem siadam tutaj i to opisuję. Co dokładnie mnie podnieciło, w którym momencie straciłam kontrolę, którego jego gestu wstyd mi się przyznać, że potrzebuję więcej. Co pomyślałam, czego chciałam. Czasami również coś, czego nie powiedziałam mu nawet wtedy, kiedy leżał obok.
Jeżeli wiedziałabym, że wie o blogu, każde takie zdanie miałoby drugiego odbiorcę. Jego. I zaczęłabym się zastanawiać:
I po wszystkim.
Dane skażone.
Najgorsze jest to, że znam siebie. Nie zaczęłabym kłamać, to byłoby zbyt łatwe do wychwycenia; zrobiłabym coś znacznie bardziej podstępnego. Zaczęłabym pisać dla niego.
Trochę ładniej. Trochę odważniej tam, gdzie wiem, że lubi moją odwagę. Trochę delikatniej tam, gdzie mogłabym go zranić. Może dodałabym zdanie, którego normalnie by tu nie było, tylko dlatego, że wiedziałabym, jak zareaguje.
I nagle przestałabym badać samą siebie. Zaczęłabym występować.
A bardzo nie chcę tutaj występować.
Mam wystarczająco dużo miejsc, w których jestem jakąś wersją siebie przeznaczoną dla innych ludzi. W pracy jestem panią od matematyki, w sklepie kobietą, która stoi przy półce i przez pięć minut porównuje skład dwóch prawie identycznych jogurtów, dla rodziny córką, siostrą, kimś, kto pamięta o urodzinach, a dla męża żoną.
Tutaj chcę przez chwilę być tylko Nadią. Nawet jeśli Nadia czasami zapisuje coś, czego następnego dnia wolałaby po sobie nie czytać. Szczególnie wtedy.
Piszę to teraz w nocy. On śpi.
Laptop mam na kolanach, jasność ekranu ustawioną absurdalnie nisko, jakby światło z monitora mogło przeniknąć przez ścianę i wyświetlić mu nad łóżkiem:
Racjonalnie wiem, że to niemożliwe. Mimo to właśnie sprawdziłam, czy drzwi są zamknięte.
Nie są. Oczywiście. Nikt normalny nie zamyka drzwi do pokoju tylko dlatego, że siedzi przed laptopem, więc ich nie zamknę; to dopiero wyglądałoby podejrzanie.
Bardzo podoba mi się, jak logicznie funkcjonuję po północy.
Najdziwniejsza część tej tajemnicy jest taka, że mnie podnieca. Nie samo ukrywanie czegoś przed nim, to chyba ważne rozróżnienie: gdybym miała drugie życie, tajne konto bankowe albo romans, prawdopodobnie nie spałabym spokojnie.
Tutaj jest inaczej. On jest kilka metrów ode mnie, śpi, a ja mogę napisać zdanie, którego jutro rano przy kawie prawdopodobnie mu nie powiem. Mogę napisać, że czasami wystarczy, żeby spojrzał na mnie w określony sposób, a ja już wiem, jak skończy się wieczór. Mogę zapisać rzeczy głupie, nieprzyzwoite, czasami naprawdę bardzo nieprzyzwoite. Mogę napisać o jego ciele dokładnie tak, jak o nim myślę, zamiast używać wersji języka przeznaczonej do wypowiadania na głos.
I jest w tym coś cholernie intymnego: siedzieć tutaj i pisać o własnym mężu, podczas gdy on śpi obok i nie ma pojęcia, że jakaś obca osoba być może jutro przeczyta o nim coś, czego on sam jeszcze nigdy ode mnie nie usłyszał.
Kiedy napisałam poprzednie zdanie, zrobiło mi się gorąco. To też jest informacja. Zostawiam.
Przed chwilą poruszył się w sypialni i natychmiast przestałam pisać. Nie zamknęłam laptopa, jeszcze nie; po prostu siedziałam z rękami nieruchomo nad klawiaturą i nasłuchiwałam.
Cisza. Potem skrzypnięcie łóżka. Potem znowu nic.
Serce waliło mi zdecydowanie za mocno jak na kobietę, której jedynym przestępstwem jest pisanie bloga.
Przez kilka sekund wyobrażałam sobie, że wejdzie.
— Co robisz?
I co wtedy? „Nic”? Klasyka. „Piszę”? Technicznie prawda. „Prowadzę właśnie anonimowy dziennik, w którym analizuję nasze małżeństwo, moje fantazje i wszystkie te rzeczy, które robisz ze mną w łóżku, więc jak już wstałeś, to może zrobisz herbatę?”
Trochę za dużo informacji jak na pierwszą trzydzieści w nocy.
Nie wszedł. Śpi dalej. Ja też powinnam.
Nie śpię.
Czasami zastanawiam się, czy to wobec niego fair, i nie mam na to tak pięknej odpowiedzi, jak chciałabym mieć. To jest chyba jedna z rzeczy, których uczę się dopiero tutaj: nie każde pytanie potrzebuje natychmiastowego rozwiązania.
Nie zdradzam go. Nie szukam nikogo poza naszym małżeństwem. Nie buduję sobie drugiej relacji. Ale zachowuję przed nim fragment siebie, świadomie, i nie dlatego, że mu nie ufam. Wręcz przeciwnie: chyba właśnie dlatego, że ufam mu tak bardzo, chcę sprawdzić, kim jestem wtedy, kiedy przez chwilę nie patrzę na siebie jego oczami.
Brzmi pretensjonalnie. Trudno. Nie skreślam.
Najzabawniejsze jest to, że ta tajemnica prawdopodobnie nie będzie trwała wiecznie. Przynajmniej taki jest plan.
Kiedyś chciałabym mu to pokazać. Nie jutro, na pewno nie jutro, nie po pięciu wpisach. Może po roku. Może później. Może któregoś dnia usiądę naprzeciwko niego z laptopem i powiem:
— Muszę ci coś pokazać.
Już teraz wiem, jak będzie wyglądała jego twarz. Najpierw podejrzliwość, potem skupienie, a potem ta jedna brew trochę wyżej.
Czytałby. Pierwszy wpis, drugi, prawdopodobnie przy którymś spojrzałby na mnie. Ja udawałabym, że nie obserwuję jego reakcji, a oczywiście obserwowałabym każdą.
To byłby chyba najbardziej stresujący wieczór naszego małżeństwa i być może jeden z najbardziej podniecających.
Ale na razie nie. Na razie potrzebuję miejsca, w którym nie mam go nad ramieniem. Nawet metaforycznie.
Jest jeszcze coś: to, że on nie wie, nie oznacza, że go tu nie ma. Jest właściwie wszędzie. W połowie tekstów, w gestach, które pamiętam, w zdaniach, które powiedział, w moich fantazjach, w tym, czego się przy nim nauczyłam o własnym ciele, w rzeczach, na które kiedyś bym się nie zgodziła, i w tych, które sama dzisiaj proponuję.
Więc może określenie „ukryty obserwator” jest nawet odrobinę nieuczciwe.
To ja jestem ukryta.
On jest badanym układem, który spokojnie śpi i nawet nie wie, że kilka metrów dalej jego żona właśnie robi notatki. Biedny człowiek.
Jutro zrobi mi kawę, ja pocałuję go w policzek i prawdopodobnie zapyta:
— Czemu tak późno spać przyszłaś?
A ja odpowiem:
— Pisałam.
To będzie prawda. Nie cała. Na razie wystarczy.
P.S. Jeśli kiedyś to przeczytasz: tak, ten wpis też pisałam, kiedy spałeś.
I tak. Sprawdzałam trzy razy, czy się nie obudziłeś.
Kartka 005. Zapisana 10 września 2026.
Zbiór: układ dwóch ciał.
Cały zbiór: II · Układ dwóch ciał.
To nie jest przeoczenie. Nie chcę, żeby pod moim tekstem obcy ludzie kłócili się ze sobą o to, co ja czułam.
Ale chcę wiedzieć, co myślisz. Napisz do mnie. Bezpośrednio, jednym zdaniem albo dziesięcioma. Czytam wszystko, wieczorem, kiedy dom już cichnie.
napisz mi, co o tym myślisz temat wpisze się sam, będę wiedziała, o której kartce mówiszTwojego adresu nie zobaczy nikt poza mną. Nie trafia na żadną listę. Tu pisze, co się z nim dzieje.