Stawka godzinowa
Jest jedna rzecz, której jeszcze Wam nie powiedziałam.
Nie dlatego, że jest najbardziej skomplikowana. W mojej głowie istnieją rzeczy mniej rozsądne i z dużo gorszym prawdopodobieństwem realizacji. Tę odkładam z prostszego powodu: wstydzę się jej wyjątkowo nieskutecznie, bo im bardziej próbuję uznać ją za prymitywną, tym szybciej robi mi się mokro.
W szkole jestem kobietą od porządku. Plan, temat, zadanie, odpowiedź; potrafię spędzić pół godziny nad tym, czy polecenie jest wystarczająco precyzyjne, żeby nikt nie miał podstaw do marudzenia przy sprawdzaniu.
A potem wracam do domu i fantazjuję, że wystawiam ogłoszenie jako dziwka.
Nie „kochanka” ani „towarzystwo dla wymagającego pana”. Te słowa brzmią jak firanka zawieszona przed czymś, co i tak widać. W tej fantazji chcę być dziwką, płatną za godzinę, z numerem telefonu w ogłoszeniu i krótką listą tego, co robię, czego nie robię i ile kosztuje mój czas.
Najgorsze jest to, że nie wyobrażam sobie żadnego obcego mężczyzny. Wyobrażam sobie mojego męża, tylko przez dokładnie godzinę ma nie być moim mężem.
Ma być klientem.
Nie wystarcza mi powiedzieć wieczorem: „udawajmy, że jestem prostytutką”. To byłoby przebranie, dwa zdania innym tonem i prawdopodobnie śmiech po siedmiu minutach, bo znamy swoje miny za dobrze. Chcę całej konstrukcji, przygotowania tak starannego, jakbym naprawdę zamierzała odebrać telefon od mężczyzny, którego nigdy wcześniej nie widziałam.
Siadam z laptopem przy stole i otwieram portal z ogłoszeniami dla dorosłych. Oglądam profile kobiet, ale nie po to, żeby je oceniać. Interesuje mnie język: „dyskretna”, „bez pośpiechu”, „prywatnie”, „tylko zdecydowani”. Fascynuje mnie, jak mało słów trzeba, żeby ciało zamieniło się w ofertę.
Nie pokazuję twarzy. Kadruję szyję, piersi, brzuch, biodra; na jednym zdjęciu siedzę bokiem w czarnych pończochach, na drugim stoję tyłem. Najbardziej podoba mi się zdjęcie w białej koszuli, rozpiętej za nisko, z nagimi udami i cieniem między nimi. Wybieram właśnie to, bo wyglądam na nim jak kobieta, która godzinę wcześniej mogła poprawiać sprawdziany.
To jest gorsze od nagości.
Opis piszę kilka razy. Pierwsza wersja wychodzi tak elegancka, że mogłabym nią reklamować gabinet masażu. Druga brzmi jak ktoś podszywający się pod prostytutkę w kiepskim serialu. W trzeciej przestaję udawać.
Najdłużej patrzę na ostatnie zdanie. Mój mąż zna moje imię od lat. Zna też sposób, w jaki marszczę nos, kiedy kawa jest za gorąca, moje zmęczone milczenie, mój wkurzony bezruch i ten konkretny dźwięk, który wydaję tuż przed orgazmem, nawet kiedy próbuję zdusić go w poduszce.
A ja chcę mu napisać, że przez godzinę nie wolno mu o mnie wiedzieć niczego. Ta sprzeczność robi mi z głową rzeczy nieproporcjonalne do długości zdania.
Numer jest osobny, a telefon jedynym sposobem umówienia spotkania. Żadnego „hej, kiedy możesz” między rachunkiem za prąd a pytaniem o zakupy.
Na ekranie pojawia się „numer zastrzeżony”. Patrzę przez dwie sekundy i odbieram.
— Słucham?
Cisza po drugiej stronie trwa odrobinę za długo. Rozpoznaję jego oddech; rozpoznałabym go w ciemności i przez ścianę, więc realizm ma granice. Głos jednak obniża.
— Dzwonię w sprawie ogłoszenia.
Pięć słów. Zaciskam uda.
— Na kiedy?
— Dzisiaj.
— O której?
— Dwudziesta pierwsza.
Biorę długopis i zapisuję godzinę na kartce, chociaż nie muszę.
— Byłeś już u mnie?
— Nie.
To „nie” podnieca mnie zdecydowanie bardziej, niż powinno.
— Czego szukasz?
Robi krótką ciszę. Celowo. Zna mnie za dobrze i wie, że czekanie działa na mnie skuteczniej niż połowa dotyku.
— Godziny. I chcę wiedzieć dokładnie, za co płacę.
W jego głosie nie ma żartu, a moje ciało natychmiast zauważa tę zmianę.
— Czterysta.
— Czytałem. Pytam, co dostaję.
To właśnie chcę usłyszeć: klient nie jest grzecznym dodatkiem do mojej fantazji. Klient płaci i wymaga odpowiedzi.
— Seks w prezerwatywie. Oralnie. Możesz mnie dotykać. Bez analu.
— Całowanie?
— Jeśli pozwolę.
— I mam się wcześniej wykąpać?
— Masz.
— U ciebie?
Oddech zatrzymuje mi się na moment.
— Tak.
— Dobrze. Przyjdę kilka minut wcześniej.
— Przyjdź punktualnie.
— Nie mówiłem, że pytam o pozwolenie.
Milczę. On też. To jest dokładnie ten rodzaj zdania, którego nie powinien mówić mój mąż przez telefon, bo wie, co robi mi ton, którym je wypowiada.
— Jeszcze coś? — pytam.
— Tak. Nie chcę, żebyś po moim wejściu zaczęła się ze mną targować. Jeśli coś jest w ogłoszeniu, zakładam, że jest dostępne.
Przełykam ślinę.
— Jest.
— W takim razie do zobaczenia.
— Adres.
Podaję mu go dopiero wtedy. Nie nasz. W tej fantazji wynajmuję ciche mieszkanie bez zdjęć, książek i cudzych pamiątek: łóżko, stół, łazienka, ciepłe światło.
— Jedno pukanie.
— Wiem.
— Skąd?
— Czytam ze zrozumieniem.
Rozłącza się pierwszy. Siedzę z telefonem w dłoni, a serce wali mi po rozmowie z człowiekiem, który kilka godzin wcześniej pyta, czy zostało masło.
Najbardziej lubię część z czekaniem. Wiem, że to on, wiem, o której przyjdzie, wiem nawet, jak wygląda bez ubrania, i mam w tej kwestii próbę badawczą większą niż statystyczne minimum. Mimo to przygotowuję się jak dla obcego.
Biorę prysznic, golę się dokładniej niż zwykle, suszę włosy i zakładam pończochy, czarną bieliznę oraz sukienkę, która daje się zdjąć szybko, ale nie wygląda jak kostium.
Na stole kładę prezerwatywy i zatrzymuję na nich wzrok. Na co dzień ich nie używamy, nie potrzebujemy. Widok foliowych opakowań obok szklanki z wodą jest przez to bardziej nieprzyzwoity niż pół rzeczy, które planuję robić za chwilę.
W fantazji klient nie dostaje przywilejów męża. Ma zabezpieczenie, ma prysznic, ma godzinę.
I płaci.
Kiedy słyszę pojedyncze pukanie, brzuch ściska mi się mocniej niż przed pierwszą randką. Otwieram. Stoi za drzwiami i przez sekundę żadne z nas się nie uśmiecha.
Patrzy najpierw na twarz, potem niżej: dekolt, talię, nogi. Powoli, bez udawania, że nie ocenia kobiety, za którą za chwilę zapłaci.
— Wejdź.
Wchodzi, zamyka drzwi i wyciąga cztery banknoty. Podaje mi je.
— Policz.
To nie jest prośba. Biorę je i liczę na jego oczach. Raz, dwa, trzy, cztery.
Czterysta.
W tej sekundzie sama czynność liczenia staje się obsceniczna. Nie dlatego, że pieniądze cokolwiek znaczą dla naszego małżeństwa; znaczenie ma gest. On płaci przed seksem, ja przyjmuję zapłatę, a przez godzinę oboje zachowujemy się tak, jakby ten układ był prawdziwy.
Kładę banknoty na stole.
— Łazienka jest tam.
Patrzy w stronę drzwi, potem na mnie.
— Mam się rozebrać tutaj czy tam?
— Prysznic. Dokładnie. Potem możesz wrócić w ręczniku.
— „Możesz”?
Podnosi brew.
— Idź się umyć.
Uśmiecha się pierwszy raz, ale tylko kątem ust.
— Tak lepiej.
Znika w łazience i słyszę wodę. To jest absurdalne, bo przecież znam każdy centymetr jego ciała i nieraz biorę z nim prysznic, ale teraz czekam za drzwiami jak kobieta, która przygotowała pokój dla klienta. Słyszę przesuwane szkło kabiny, wodę uderzającą o brodzik, potem ciszę.
Kiedy wychodzi, ma ręcznik owinięty nisko wokół bioder. Włosy są mokre, skóra na klatce piersiowej jeszcze błyszczy od wody. Patrzy na mnie.
— Lepiej?
— Tak.
— Sprawdzasz?
Zbliża się o krok. Czuję czysty zapach mokrej skóry i przez sekundę naprawdę mam ochotę go dotknąć. Nie robię tego. On zauważa; oczywiście, że zauważa.
— Chodź tutaj.
To ja powinnam prowadzić spotkanie. Tak zakładałam. Podchodzę.
Pierwszy błąd modelu.
Kładzie dłoń na mojej talii i przyciąga mnie bliżej, ale nie całuje. Zamiast tego ogląda mnie z bliska, spokojnie, jak ktoś, kto sprawdza, czy zdjęcia nie kłamały.
— Sukienka w dół.
— Najpierw…
— Zapłaciłem.
Patrzę mu w oczy. Właśnie tego chciałam. Rozpinam sukienkę.
— Wolniej.
Zwalniam. Materiał zsuwa się z ramion, potem po biodrach, i zostaję w staniku, majtkach i pończochach.
— Obróć się.
Obracam.
— Jeszcze.
Kończę pełny obrót, a on patrzy.
— Zdjęcia były aktualne.
— Staram się nie oszukiwać klientów.
— Dobrze. Stanik.
Zdejmuję go, a jego wzrok zatrzymuje się na piersiach. Mam ochotę zasłonić się rękami, co jest kompletnie idiotyczne, bo ten człowiek widział mnie nagą setki razy. Tylko że teraz patrzy jak klient, i właśnie to mnie zawstydza.
— Majtki zostaw.
Podchodzi bliżej. Przesuwa palcami po moim brzuchu, potem po biodrze.
— Zawsze tak wyglądasz dla pierwszego klienta?
— Nie rozmawiam o innych.
— To nie była odpowiedź.
— Za odpowiedzi nie płacisz.
Śmieje się krótko.
— Jeszcze zobaczymy.
Nie całuje mnie, co okazuje się trudniejsze, niż zakładałam. Zamiast tego przesuwa dłonią po piersi, ściska ją mocniej, niż robi to zwykle na początku, i obserwuje moją twarz.
— Czuła?
— Normalnie.
Kciuk przejeżdża po sutku.
— Kłamiesz.
— Klienci lubią pewność siebie.
— Ja lubię prawdę.
Druga dłoń wsuwa się między moje uda przez materiał majtek. Zamieram, a on przesuwa palce jeszcze raz.
— Mokra.
— Zdarza się.
— Jeszcze nic nie zrobiłem.
— Zapłaciłeś.
— To cię podnieca?
Chcę rzucić jakąś inteligentną odpowiedź, ale naciska dłonią mocniej i mój oddech robi się krótszy.
— Odpowiedz.
— Tak.
To jedno słowo kosztuje mnie więcej niż zdjęcie bielizny.
— Co dokładnie?
Patrzę na niego. Wie. Oczywiście, że wie; właśnie dlatego pyta.
— To, że jesteś klientem.
— I że zapłaciłem?
— Tak.
— I że teraz wymagam?
Ciepło schodzi mi jeszcze niżej.
— Tak.
Przesuwa kciuk po mokrym materiale między moimi nogami.
— To zdejmij majtki.
Robię to. Nie pochyla się, żeby pomóc, tylko patrzy, jak zsuwam je z bioder i przekładam przez stopy.
— Na kolana.
Klękam. Wtedy naprawdę zaczynam rozumieć, dlaczego ta fantazja siedzi we mnie tak długo. Nie chodzi o udawanie, że jestem kimś innym, tylko o to, że mój mąż może przez godzinę zachowywać się wobec mnie w sposób, na jaki normalnie nie ma pretekstu. Jest klientem. Zapłacił. W granicach, które ustaliliśmy, chce korzystać z tego, za co zapłacił.
Rozwiązuje ręcznik. Jego kutas jest już twardy.
— Do ust.
Biorę go do ręki, potem do ust.
— Nie tak ostrożnie.
Zmieniam rytm. Kładzie dłoń na moich włosach i nie pcha mnie od razu; najpierw prowadzi, potem przytrzymuje, kiedy bierze mnie głębiej. Oddycham nosem, cofam się na moment.
— Jeszcze raz.
Robię to.
— Głębiej.
Łzy pojawiają mi się w oczach, ale właśnie tego chcę. Kiedy potrzebuję oddechu, odsuwam się i jego ręka natychmiast puszcza. Nie komentuje tego, tylko czeka.
Po sekundzie sama wracam, a jego mina zmienia się wtedy minimalnie. Wie, że nie robię tego dlatego, że „muszę”. Robię, bo chcę, żeby w tej fantazji wymagał.
— Dobra dziewczyna.
To zdanie prawie rozwala całą resztę. Patrzę na niego z dołu.
— Nie przyzwyczajaj się.
— Płacę za godzinę. Mam jeszcze sporo czasu.
Wstaję, zanim zaczynam się śmiać.
Prowadzi mnie do łóżka i nie pyta, jak chcę. To też było częścią fantazji, tylko przy telefonie jeszcze nie umiałam powiedzieć sobie tego wprost.
Chcę, żeby to on wybierał.
— Połóż się.
Kładę się na plecach. Rozsuwa moje nogi i przez chwilę patrzy między nie, a to spojrzenie jest bardziej bezczelne niż dotyk.
— Pokaż mi.
— Co?
— Rozsuń szerzej.
Robię to i czuję na twarzy gorąco.
— Ładnie.
— Nie jesteś tu od recenzji.
— Jestem klientem. Właśnie od tego jestem.
Sięga po prezerwatywę ze stolika i ten widok robi ze mną coś absurdalnie mocnego. Na co dzień nie ma między nami gumy, folii, żadnego technicznego etapu oddzielającego jego ciało od mojego. Tutaj ma być.
Otwiera opakowanie. Patrzę, jak zakłada prezerwatywę na kutasa, powoli rozwijając ją do nasady, i nagle wszystko wygląda inaczej: bardziej obco, bardziej transakcyjnie. To nadal mój mąż, ale jego kutas jest teraz zabezpieczony tak, jakby przyszedł do kobiety, której nie zna i której ciała nie może traktować z małżeńskim zaufaniem.
— Patrzysz.
— Bo na co dzień tego nie robimy.
— Dzisiaj nie jestem „na co dzień”.
Kładzie się między moimi nogami. Przesuwa kutasem po wejściu, ale nie wchodzi.
— Mokra jesteś wystarczająco.
— Dziękuję za profesjonalną ocenę.
— Za czterysta mogę być dokładny.
Wchodzi. Pierwsze, co czuję, to znajomy kształt i nieznajomy detal: cienka warstwa prezerwatywy pomiędzy nami. Różnica jest mała. Psychicznie ogromna.
Porusza się kilka razy powoli, jakby sprawdzał, jak reaguję, a potem łapie mnie za biodra mocniej.
— Nogi wyżej.
Unoszę je.
— Wyżej.
Opieram łydki o jego ramiona i kąt zmienia się natychmiast. Wchodzi głębiej, a ja przestaję udawać obojętność.
— Tak?
— Tak.
— Głośniej.
— Tak.
Przyspiesza. Materac zaczyna uderzać o ścianę w regularnym rytmie, a ja chwytam prześcieradło obiema rękami. Prezerwatywa, która chwilę wcześniej wydawała mi się symboliczną granicą między małżeństwem a klientem, teraz staje się jeszcze jednym szczegółem całej sytuacji: on rucha mnie tak, jak chce, ale robi to według zasad tego spotkania.
— Odwróć się.
Nie czeka długo. Schodzi ze mnie, a ja przekręcam się na brzuch.
— Na czworaka.
Klękam. Dłoń ląduje na moim biodrze, drugą przesuwa po pośladku.
— Szerzej kolana.
Rozsuwam. Czuję, jak znowu ustawia kutasa przy wejściu, a potem wsuwa się jednym spokojnym ruchem. Jęczę w poduszkę.
— Nie chowaj się.
Łapie mnie za włosy przy karku i podnosi mi głowę tyle, żebym nie wciskała twarzy w materiał.
— Chcę słyszeć, za co zapłaciłem.
To zdanie robi ze mną więcej niż jego biodra.
— Kurwa.
— Właśnie tak.
Rucha mnie mocniej. Nie brutalnie; mocno. Różnica jest precyzyjna i moje ciało rozumie ją bez potrzeby definicji.
Jedną ręką trzyma biodro, drugą sięga pod brzuch i dotyka łechtaczki. Robi to tak pewnie, że cały roleplay natychmiast zdradza największe oszustwo tej fantazji: żaden przypadkowy klient nie znałby mnie tak dobrze.
On zna. Wie, gdzie nacisnąć, jaki rytm utrzymać i po czym moje uda zaczynają drżeć.
— Nie przestawaj.
— Nie zamierzam.
Jego głos jest spokojny.
— Masz dojść.
To nie jest pytanie. Próbuję odpowiedzieć, ale ruch bioder i palców rozbija mi zdanie gdzieś przed pierwszym słowem.
— Słyszałaś?
— Tak.
— To dojdź.
I wtedy cała teoria o profesjonalnym dystansie kończy się definitywnie.
Orgazm zaczyna się nisko w brzuchu i idzie szybko. Zaciskam się na nim, łapię oddech, potem tracę go znowu; kolana wciskają się w materac, uda drżą, a on nie zwalnia od razu. Jeszcze kilka ruchów. Jeszcze palce między nogami.
— Kurwa, wystarczy.
Zwalnia.
— Teraz wystarczy?
— Tak.
Natychmiast przestaje. Opieram czoło o materac i próbuję przypomnieć sobie, czym jest oddychanie, a za mną słyszę jego krótki śmiech.
— Profesjonalistka.
— Zamknij się.
Po wszystkim nie chcę, żeby od razu mnie przytulał. To byłoby zbyt łatwe.
Ściąga prezerwatywę, zawiązuje ją i wyrzuca do kosza. Ten zwyczajny, techniczny gest znowu przywraca fantazję na właściwe miejsce: klient, zabezpieczenie, godzina.
Podnoszę się i poprawiam pończochy, choć jedna z nich jest przekręcona. Sprawdzam czas.
— Zostało siedemnaście minut.
Patrzy na zegarek.
— Zapłaciłem za całą godzinę.
— Wiem.
— To chodź tutaj.
— Po co?
— Bo nadal jestem klientem i nadal mam siedemnaście minut.
Patrzę na niego.
— Bezczelny jesteś.
— Czterysta.
Siadam obok. Przez sekundę mnie nie dotyka, potem kładzie dłoń na moim udzie.
— Dobrze się bawiłaś?
To pierwsze pytanie, w którym słyszę mojego męża.
— Tak.
— Za mocno?
— Nie.
— Za dużo?
— Nie.
Kiwa głową. Tyle. Nie robimy z tego odprawy po operacji.
Po chwili znowu zmienia ton.
— W takim razie mam jeszcze jeden warunek.
— Jaki?
Patrzy na mnie długo.
— Pocałuj mnie.
Uśmiecham się.
— Całowanie zależy od klienta.
— W ogłoszeniu było odwrotnie.
— Teraz zmieniłam regulamin.
Przyciąga mnie do siebie i właśnie wtedy po raz pierwszy tego wieczoru całuję własnego męża. To jest absurdalnie intymne po wszystkim, co robimy wcześniej.
Kiedy godzina mija, ubiera się. Nie pomaga mi sprzątać, nie składa ręcznika, nie pyta, gdzie odkładam rzeczy. Klient wychodzi.
Przy drzwiach zatrzymuje się jeszcze na sekundę.
— Polecasz się na przyszłość?
— Zależy od opinii.
— Pięć gwiazdek.
— Bez komentarza?
— „Trochę pyskata, ale usługa zgodna z opisem.”
Patrzę na niego.
— Wyjdź.
Wychodzi. Zamykam drzwi i opieram się o nie plecami.
Na stole nadal leżą cztery banknoty. W koszu jest zużyta prezerwatywa, której normalnie między nami nie ma, w łazience mokry ręcznik po obowiązkowym prysznicu, na łóżku zmięte prześcieradło.
I dopiero wtedy widzę, gdzie pomyliłam się w swoim własnym modelu. ZakładamZakładałam, że podnieca mnie myśl o sprzedaniu ciała.
Nie.
Podnieca mnie to, że przez godzinę mogę uczynić z własnego męża obcego faceta, odebrać mu wszystkie małżeńskie skróty, kazać mu zapłacić za dostęp, a potem świadomie pozwolić, żeby w ramach tego, na co się umówiliśmy, wymagał ode mnie więcej niż zwykle.
Telefon wibruje. Wiadomość od mojego męża.
Kupić chleb?
Patrzę na czterysta złotych, mokre uda i tę wiadomość, a potem śmieję się tak mocno, że cały profesjonalizm idzie się jebać drugi raz tego samego wieczoru.
P.S. Na razie to nadal tylko fantazja. Nie ma ogłoszenia. Nie ma osobnego numeru, czterech banknotów na stole ani godziny wpisanej do kalendarza tak, żeby żadne z nas później nie mogło udawać, że zapomniało.
Tylko że coraz trudniej myślę o tym jak o czymś, co ma zostać wyłącznie w mojej głowie. Jeszcze niedawno pytanie brzmiało: „czy naprawdę chciałabym to zrobić?”. Teraz częściej zastanawiam się, jakie zdjęcie wybrałabym do ogłoszenia i czy mój mąż potrafiłby zadzwonić z zastrzeżonego numeru tak, żebym przez pierwsze pięć sekund naprawdę poczuła, że nie wiem, kto jest po drugiej stronie.
To jest niepokojąca zmiana zmiennej. Zwłaszcza że przestałam pytać „czy”.
Coraz częściej pytam „kiedy”.
Kartka 009. Zapisana 15 września 2026.
Zbiór: część urojona.
Cały zbiór: III · Część urojona.
To nie jest przeoczenie. Nie chcę, żeby pod moim tekstem obcy ludzie kłócili się ze sobą o to, co ja czułam.
Ale chcę wiedzieć, co myślisz. Napisz do mnie. Bezpośrednio, jednym zdaniem albo dziesięcioma. Czytam wszystko, wieczorem, kiedy dom już cichnie.
napisz mi, co o tym myślisz temat wpisze się sam, będę wiedziała, o której kartce mówiszTwojego adresu nie zobaczy nikt poza mną. Nie trafia na żadną listę. Tu pisze, co się z nim dzieje.