Nigdy nie zrobiłabym tego w szkole
Jest jedno miejsce, o którym nie powinnam myśleć w ten sposób. Oczywiście właśnie dlatego o nim myślę.
Od kilku lat pracuję jako nauczycielka matematyki. Prawdziwa. Nie taka z fantazji, w krótkiej spódniczce i okularach bez szkieł, która zapisuje na tablicy równanie wyłącznie po to, żeby za chwilę wydarzyło się coś kompletnie niezwiązanego z równaniem.
Normalna.
Przychodzę rano. Mam klucze. Dokumenty. Kubek. Torbę, w której zawsze jest za dużo rzeczy. Pamiętam o terminach. Sprawdzam, czy zamknęłam szafkę. Potrafię spędzić absurdalnie dużo czasu nad jednym źle postawionym znakiem w rozwiązaniu, bo potem cała reszta przestaje się zgadzać.
Profesjonalna nauczycielka, przez kilka lat, i nigdy nie zrobiłam tam niczego, czego później musiałabym się wstydzić.
Szkoda trochę.
Ta fantazja pojawiła się bardzo wcześnie, nie pamiętam nawet konkretnego dnia. Raczej rosła powoli, przy okazji tych wszystkich wieczorów, kiedy zostawałam dłużej i budynek zaczynał brzmieć inaczej.
Za dnia nie zwracam na to uwagi. Po godzinach słyszę wszystko: kliknięcie zamka, wentylację, własne kroki, metalowy dźwięk kluczy odkładanych na biurko. Czasem światło jest już wyłączone na korytarzu i moja sala zostaje jednym z kilku jasnych prostokątów w całym budynku.
Wtedy szkoła przestaje przypominać szkołę i staje się po prostu pustym budynkiem. Ogromnym, cichym, trochę obcym.
A ja jestem w nim sama.
To ostatnie zdanie jest problemem, bo mój umysł bardzo szybko nauczył się dodawać do niego:
…dopóki nie przyjedzie po mnie mój mąż.
I dalej już poszło samo.
W najczęstszej wersji fantazji naprawdę po mnie przyjeżdża. Nic romantycznego: piszę mu, że siedzę dłużej, on odpowiada „Dobra. Będę za dwadzieścia minut.” i na tym kończy się poezja.
Siedzę przy biurku. Mam przed sobą stos papierów, których bardzo nie chcę już oglądać. Jest późno. Zdjęłam buty, bo po tylu godzinach mam gdzieś standardy zawodowe.
Słyszę drzwi, potem kroki, i nie muszę nawet patrzeć, żeby wiedzieć, że to on. To akurat jest jedna z tych rzeczy w małżeństwie, których nie da się rozsądnie wyjaśnić: po kilku latach poznajesz człowieka po sposobie, w jaki otwiera drzwi.
Wchodzi. Patrzy na mnie. Ja patrzę na niego.
— Jeszcze długo?
— Pięć minut.
Kłamstwo. Zawsze mówię pięć minut.
On podchodzi bliżej. W tej fantazji prawie nic się nie dzieje i właśnie to jest w niej najgorsze. Staje obok mojego biurka, ja nadal siedzę. Mógłby mnie pocałować. Nie powinien.
Więc oczywiście myślę o tym, że to robi.
Najbardziej podniecająca nie jest nawet sama możliwość, tylko miejsce. Moje miejsce. Przestrzeń, w której przez kilka lat nauczyłam się funkcjonować według bardzo konkretnego zestawu reguł: tu zachowuję się w określony sposób, tu mam swój profesjonalny głos, tu odkładam rzeczy zawsze w to samo miejsce, tu wszystko ma funkcję.
A potem w mojej głowie pojawia się mój mąż i jednym spojrzeniem rozwala cały ten porządek. Nie musi nic mówić. Zna mnie i wie, że kiedy przestaję się odzywać, zwykle oznacza to więcej niż wtedy, kiedy mówię dużo.
Wyobrażam sobie, że pochyla się nade mną. Czuję jego zapach, dłoń na karku, to jedno miejsce pod włosami, które zna zdecydowanie za dobrze. I nagle nie jestem panią od matematyki, tylko jego żoną. W absolutnie niewłaściwym miejscu.
To wystarczy. Serio. Nie potrzebuję w tej fantazji jakiegoś chorego scenariusza, bo cały mechanizm mieści się w jednym prostym równaniu:
Niestety wynik wychodzi dodatni.
Raz prawie mu o tym powiedziałam. Byliśmy w samochodzie i nie pamiętam nawet, o czym wcześniej rozmawialiśmy; wiem tylko, że temat zszedł na miejsca, w których nigdy tego nie robiliśmy.
I już miałam powiedzieć:
— Wiesz, co mnie czasem kręci?
Naprawdę. Zdanie było gotowe, nawet nabrałam powietrza. Potem wyobraziłam sobie jego twarz i zrezygnowałam.
Bo znam swojego męża. Istnieją informacje, które można mu przekazać bez konsekwencji: „Kup mleko.”, „W sobotę jedziemy do rodziców.”, „Chyba trzeba wymienić filtr.” A potem istnieją informacje, po których coś pojawia się w jego oczach i natychmiast wiem, że właśnie popełniłam błąd.
To zdecydowanie należałoby do drugiej kategorii, więc nic nie powiedziałam.
Kilka kilometrów dalej złapał mnie za kolano. Zupełnie zwyczajnie. A ja pomyślałam:
Nie masz pojęcia.
I zrobiło mi się przez to jeszcze gorzej.
Mam oczywiście argumenty przeciwko. Bardzo dobre, lista jest długa: profesjonalizm, rozsądek, granice, ryzyko, że coś pójdzie nie tak, fakt, że istnieją miejsca przeznaczone do pracy i miejsca przeznaczone do tego, żeby mój mąż przestał zachowywać się przy mnie przyzwoicie.
W domu mamy przecież łóżko, kanapę, prysznic i stół, choć przy stole nadal mam mieszane uczucia, odkąd prawie zrzuciliśmy z niego miskę z owocami. Miejsc nie brakuje. Nie potrzebuję szkoły.
To racjonalna część analizy. Nieracjonalna odpowiada:
Wiem.
I właśnie dlatego.
Czasem, kiedy zostaję później, wyobrażam sobie tylko początek. Telefon. „Jesteś jeszcze?” „Tak.” „Przyjechać?”
Patrzę wtedy na swoją salę: biurko, tablicę, krzesło odsunięte trochę za daleko, kubek z resztką zimnej kawy. Zwyczajne rzeczy.
Potem przez kilka sekund pozwalam sobie zobaczyć to miejsce inaczej. Jego kurtkę rzuconą gdzieś z boku. Mój laptop zamknięty bez zapisywania dokumentu. Jego dłoń na mojej talii. Ten moment, kiedy patrzę na drzwi, chociaż doskonale wiem, że jesteśmy sami.
I napięcie, które bierze się właśnie z tego, że całe moje ciało chciałoby zrobić krok dalej, a głowa powtarza:
nie.
To słowo działa na mnie zdecydowanie bardziej, niż powinno.
Nie wiem, czy fantazja nadal byłaby tak dobra, gdybym ją naprawdę zrealizowała. To jest kolejny problem: część rzeczy działa właśnie dlatego, że pozostają możliwe. Niewykonane, trochę poza zasięgiem, takie, do których można wracać w głowie i za każdym razem zatrzymać historię w innym miejscu.
W jednej wersji kończy się na pocałunku. W drugiej zamykam drzwi. W trzeciej nawet nie pozwalam mu do mnie podejść, tylko mówię:
— Nie tutaj.
A on patrzy na mnie tak, że przez następne dziesięć minut nie pamiętam, co robiłam.
Ta wersja jest chyba najbardziej niebezpieczna, bo znam siebie: im bardziej czegoś sobie zabraniam, tym dokładniej mój mózg potrafi mi to zwizualizować. Bardzo dojrzały mechanizm.
Dzisiaj zostałam dłużej. Nic się nie wydarzyło, to ważna informacja.
Spakowałam rzeczy, zamknęłam komputer, założyłam płaszcz, zgasiłam światło. I zanim wyszłam, zatrzymałam się jeszcze przy drzwiach. Nie wiem po co.
Popatrzyłam na salę. Pustą, ciemną poza światłem z korytarza. Przez kilka sekund naprawdę pomyślałam o tym, jak wyglądałoby to miejsce, gdyby któregoś wieczoru przyjechał po mnie. Nie tylko po mnie: po tę drugą wersję mnie, która czasami pojawia się dopiero wtedy, kiedy przestaję pilnować wszystkich zasad naraz.
Telefon zawibrował. On.
Już jedziesz?
Odpisałam:
Tak.
A potem, zanim schowałam telefon, dopisałam sobie w notatkach jedno zdanie.
Patrzyłam na nie przez chwilę. Dodałam kropkę.
To istotne.
Kartka 006. Zapisana 11 września 2026.
Zbiór: część urojona.
Cały zbiór: III · Część urojona.
To nie jest przeoczenie. Nie chcę, żeby pod moim tekstem obcy ludzie kłócili się ze sobą o to, co ja czułam.
Ale chcę wiedzieć, co myślisz. Napisz do mnie. Bezpośrednio, jednym zdaniem albo dziesięcioma. Czytam wszystko, wieczorem, kiedy dom już cichnie.
napisz mi, co o tym myślisz temat wpisze się sam, będę wiedziała, o której kartce mówiszTwojego adresu nie zobaczy nikt poza mną. Nie trafia na żadną listę. Tu pisze, co się z nim dzieje.