IV Reszta z dzielenia

Reguła, którą właśnie łamię

Miałam publikować raz w tygodniu. Jedną kartkę. Bez zalewania tego miejsca tekstami, bez codziennego przypominania o swoim istnieniu, bez robienia z prywatnego zeszytu fabryki treści.

Bardzo rozsądna zasada.

Wytrzymała dziewięć dni.

Piszę to z pewnym zażenowaniem, bo zawodowo jestem raczej zwolenniczką sytuacji, w których ustalona reguła obowiązuje dłużej niż jogurt po otwarciu. Ale wrzesień będzie wyjątkiem i mam na to usprawiedliwienie. A nawet kilka.

Przez ostatnie miesiące pisałam do szuflady. „Do szuflady” brzmi romantyczniej, niż wyglądało to w rzeczywistości: nie mam sekretarzyka z ciemnego drewna, w którym pod koronkową bielizną leżą przewiązane tasiemką rękopisy.

Mam folder. Nazwałam go bardzo dyskretnie:

nazwa folderu
NIE OTWIERAĆ

Genialne, wiem.

Czasem pisałam późno w nocy, czasem rano, jeszcze przed kawą, czasem po czymś, co wydarzyło się między mną a mężem i nie dawało mi spokoju na tyle długo, że musiałam to gdzieś wyrzucić z głowy. Powstawały pojedyncze strony, potem dwie, czasami dziesięć.

Nie planowałam wtedy bloga w obecnej formie. Pisałam, bo odkryłam, że istnieją rzeczy, które znacznie łatwiej przyznaję przed pustą kartką niż przed drugim człowiekiem. Nawet jeśli tym drugim człowiekiem jest facet, przy którym od lat potrafię chodzić po domu bez majtek i nie zastanawiać się specjalnie nad godnością.

To chyba jeden z mniej eleganckich paradoksów małżeństwa: możesz pozwolić komuś zobaczyć Cię kompletnie nagą, a jednocześnie długo zastanawiać się, czy powiedzieć mu jedno zdanie zaczynające się od „Wiesz, co ostatnio przyszło mi do głowy?”.


Kiedy postanowiłam uruchomić ten zeszyt naprawdę, wróciłam do tamtych plików. Chciałam zrobić porządek: usunąć głupoty, zostawić rzeczy, które nadal coś dla mnie znaczą, może znaleźć dwa albo trzy teksty nadające się do publikacji później.

Skończyło się na tym, że około północy siedziałam na łóżku z laptopem na kolanach i czytałam samą siebie sprzed kilku miesięcy. Dziwne doświadczenie, trochę jak podglądanie obcej kobiety, która przypadkiem ma moje wspomnienia.

Przy jednym tekście pomyślałam: Boże, ale byłam pretensjonalna. Przy drugim: To zdanie jest dobre. Przy trzecim chciałam poprawić przecinek. Oczywiście.

A potem trafiłam na taki, przy którym przestałam poprawiać cokolwiek.

Czytałam. Przewinęłam kawałek w górę. Przeczytałam jeszcze raz. I poczułam tę bardzo konkretną zmianę w ciele, której nie da się pomylić z zainteresowaniem interpunkcją.

Zamknęłam laptopa. Na jakieś trzydzieści sekund. Potem otworzyłam go ponownie, bo najwyraźniej jestem człowiekiem pozbawionym elementarnego instynktu samozachowawczego, i doczytałam do końca.

Ręka powędrowała pod kołdrę właściwie bez konsultacji ze mną.

Nie będę tutaj udawała, że zrobiłam potem herbatę i zastanowiłam się nad warsztatem literackim.

Nie zrobiłam herbaty.

1

Najbardziej absurdalne było to, że przecież wiedziałam, co się wydarzy. Ja to napisałam. Znałam każde zdanie, znałam sytuację, w kilku miejscach pamiętałam nawet, dlaczego użyłam dokładnie takiego słowa.

A mimo to działało.

I chyba właśnie wtedy podjęłam decyzję. Jeżeli własny tekst po kilku miesiącach potrafi sprawić, że siedzę w ciemnej sypialni, czytam go drugi raz i wsuwam rękę w majtki, zamiast poprawiać przecinki, to może nie powinnam trzymać go w folderze.

To nie jest szczególnie naukowe kryterium selekcji materiału. Ale spotkałam w życiu gorsze.

Dlatego we wrześniu będę łamała własną zasadę. Nie codziennie, spokojnie; nie zamierzam nagle wysypywać tutaj całej zawartości dysku jak kobieta, która właśnie odkryła przycisk „publikuj”. Po prostu część rzeczy już istnieje i czekała, niektóre teksty od miesięcy. Skoro otworzyłam ten zeszyt, trochę bez sensu byłoby kazać im teraz grzecznie stać w kolejce do grudnia tylko dlatego, że dziewięć dni temu wymyśliłam sobie bardzo elegancki harmonogram.

Od października chciałabym wrócić do jednego większego wpisu tygodniowo. Chciałabym. Zapisuję to celowo właśnie w taki sposób.

Wrzesień natomiast będzie gęstszy. Potraktujcie go jak opróżnianie szuflady.

Tylko proszę nie wyobrażać sobie wszystkich tekstów jako dopracowanych opowiadań. Niektóre są krótkie. Jeden jest dziwny. Przy jednym nadal nie wiem, czy powinnam go publikować. Jeden przeczytałam ponownie i natychmiast zamknęłam.

Ten ostatni prawdopodobnie pojawi się pierwszy. Znam siebie.


Jest jeszcze jeden powód: chcę, żebyście mnie poznali. Nie „Nadię, która prowadzi bloga”, tylko mnie. Taką, jaka byłam kilka miesięcy temu, kiedy nie było żadnych czytelników, statystyk, komentarzy ani świadomości, że ktoś obcy kiedyś zobaczy te słowa.

Tamte teksty mają przez to coś, czego nie potrafiłabym dzisiaj odtworzyć. Nie były pisane dla Was i paradoksalnie właśnie dlatego chcę Wam je pokazać.

Może po kilku z nich pomyślicie, że jestem bardziej popierdolona, niż początkowo zakładaliście. Możliwe. Może odkryjecie, że pod częścią rzeczy, których się wstydzę, sami moglibyście się podpisać. Jeszcze lepiej.

A może któryś tekst przeczytacie wieczorem w łóżku. Telefon trochę za blisko twarzy, drzwi zamknięte, jedna strona, druga. I w pewnym momencie zauważycie, że druga ręka od jakiegoś czasu nie trzyma już telefonu.

Nie mam nic przeciwko. Byłoby wręcz miło wiedzieć, że te teksty wreszcie robią coś pożytecznego poza zajmowaniem miejsca na moim dysku i doprowadzaniem ich autorki do bardzo mało literackich zachowań.

Więc tak. Oficjalnie:

łamię zasadę jednej publikacji tygodniowo.

Tymczasowo. Wrzesień ma taryfę ulgową, mam szufladę do opróżnienia, a po ostatnim przeglądzie jej zawartości doszłam do wniosku, że zatrzymywanie wszystkiego tylko dla siebie byłoby zwyczajnie samolubne.

dopisane ołówkiem, już po podpisaniu

P.S. Ten tekst, przez który przestałam poprawiać przecinki, też wrzucę.

Nie dzisiaj. Chyba.

koniec kartki

Kartka 004. Zapisana 10 września 2026.

Zbiór: reszta z dzielenia.

— N.
czytaj dalej

Cały zbiór: IV · Reszta z dzielenia.

nie ma tu komentarzy

To nie jest przeoczenie. Nie chcę, żeby pod moim tekstem obcy ludzie kłócili się ze sobą o to, co ja czułam.

Ale chcę wiedzieć, co myślisz. Napisz do mnie. Bezpośrednio, jednym zdaniem albo dziesięcioma. Czytam wszystko, wieczorem, kiedy dom już cichnie.

napisz mi, co o tym myślisz temat wpisze się sam, będę wiedziała, o której kartce mówisz

Twojego adresu nie zobaczy nikt poza mną. Nie trafia na żadną listę. Tu pisze, co się z nim dzieje.

Matematyczka Dyskretna treści dla dorosłych 18+

Zapiski są literaturą. Daty, miejsca i kolejność bywają zmienione.

Nie podrzucam Ci ciasteczek. Nic po Tobie tu nie zostaje, żadnego śladu na pościeli, żadnego numeru zapisanego na marginesie. Liczę tylko, ile osób zajrzało i skąd, zbiorczo. Wychodzisz stąd dokładnie tak anonimowy, jak wszedłeś. Spokojniejszy niekoniecznie.

© 2026 N. Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem do zmiany zdania.

Prowadzę ten zeszyt, bo okazało się, że jestem najbardziej nieprzewidywalnym obiektem badań, jaki miałam pod ręką.

Nie piszę, żeby kogoś podniecić. Piszę, żeby sprawdzić, co się właściwie stało i dlaczego nadal o tym myślę trzy dni później. To, że przy okazji jest to nieprzyzwoite, uznaję za wynik eksperymentu, a nie jego cel.

2