I Ciało jako obiekt badań

Badanie zjawiska kawitacji

Kupiłam pingwina.

Tak się naprawdę nazywa. Pingwin. Nie „model X7”, nie „AirPulse Pro Max”, nie jakaś nazwa wymyślona przez marketingowca po trzech kawach. Po prostu pingwin.

Przyszedł w środę w zupełnie zwyczajnym kartonie, razem z płynem do naczyń, filtrem do dzbanka i czymś, co zamówił mój mąż, a czego nie pamiętam. Doskonałe towarzystwo dla urządzenia, które jeszcze tego samego wieczoru miało doprowadzić mnie do stanu chwilowej utraty zdolności matematycznych.

Jest niewielki, zaokrąglony i wygląda zdecydowanie zbyt sympatycznie jak na coś, co okazało się tak bezczelnie skuteczne.

Położyłam go wieczorem na szafce nocnej i przez dobre pół godziny ignorowałam. To znaczy: udawałam, że ignoruję. Czytałam książkę, a właściwie przeczytałam tę samą stronę cztery razy.

W końcu odłożyłam ją na bok.

— No dobrze — powiedziałam do pingwina. — Zobaczymy, co potrafisz.

Nie odpowiedział. Początek eksperymentu oceniam więc jako profesjonalny.


Z fizycznego punktu widzenia interesowała mnie jedna rzecz: podciśnienie.

Nie wirujący silniczek, nie jednostajna wibracja, którą po chwili ciało zaczyna traktować jak hałas lodówki. Tutaj miały działać krótkie zmiany ciśnienia. Puls, przerwa, puls. Coś jak bardzo mała fala uderzeniowa, tylko zastosowana w miejscu, w którym człowiek zdecydowanie nie omawia fal uderzeniowych przy rodzinnym obiedzie.

Instrukcję przeczytałam. Naprawdę. Jestem tym rodzajem człowieka, który czyta instrukcję urządzenia erotycznego, zanim go użyje.

Mój mąż twierdzi, że gdyby podczas pożaru rozdawali instrukcję obsługi gaśnicy, najpierw przeczytałabym punkt dotyczący konserwacji. Nieprawda. Przeczytałabym tylko ostrzeżenia.

Usiadłam na łóżku, zgasiłam górne światło i zostawiłam małą lampkę po swojej stronie. Nie dlatego, że potrzebowałam atmosfery, raczej dlatego, że pełne światło o dwudziestej trzeciej trzydzieści siedem sprawia, że wszystko wygląda podejrzanie technicznie. Pingwin w świetle lampki wyglądał mniej jak sprzęt laboratoryjny, a bardziej jak współwinny.

Pierwszy poziom. Prawie nic. Zmarszczyłam brwi.

Drugi.

O. To już było interesujące.

Nie wydarzyło się nic spektakularnego. Żadnego pioruna, żadnej muzyki z nieba. Po prostu moje ciało bardzo szybko zorientowało się, że odkryło nowy rodzaj bodźca, którego jeszcze nie znało.

To zawsze mnie fascynuje. Umysł może sobie urządzać konferencję: analizować, przewidywać, porównywać. Ciało tymczasem dostaje jeden konkretny sygnał i odpowiada:

tak.

Bez konsultacji.


Poziom trzeci włączyłam zdecydowanie za szybko. Przez kilka sekund uważałam, że to błąd, potem przestałam uważać cokolwiek.

Najdziwniejsze było to, że nie miałam wrażenia klasycznego dotyku. Czułam raczej rytm, który bardzo precyzyjnie pojawiał się i znikał, jakby ktoś znalazł jeden przycisk w moim układzie nerwowym i zamiast go przytrzymać, naciskał go z irytującą cierpliwością.

Raz. Przerwa. Jeszcze raz. Przerwa.

Miałam ochotę zwiększyć moc. Nie zwiększyłam, i to była moja pierwsza racjonalna decyzja od kilku minut. Postanowiłam poczekać, bo badanie wymaga przecież zachowania procedury.

Trzydzieści sekund później zwiększyłam. Procedurę można uznać za naruszoną.

Zrobiło mi się gorąco. Oddech przestał pasować do reszty mnie. Nogi napięły się zupełnie automatycznie, a biodra zaczęły wykonywać te idiotyczne mikro-ruchy, których człowiek nie planuje i których na pewno nie wpisałby do arkusza obserwacji.

Spojrzałam w dół. Mały pingwin. Ten sam kretyński, niewinny kształt.

1

— Ty mały skurwysynu — powiedziałam.

I chyba właśnie wtedy go polubiłam.


W fizyce lubię wykresy: początek, wzrost, punkt przegięcia, maksimum. Tutaj wykres byłby gówniany, bo przez chwilę wszystko rosło niemal liniowo, a potem nagle przestało mieć jakikolwiek sens.

Nie było eleganckiego przejścia. Było tylko:

jeszcze dobrze,

jeszcze kontroluję,

jeszcze mogę przerwać,

i…

o kurwa.

Ciało napięło mi się całe naraz, nie stopniowo, jakby ktoś przeciął linkę trzymającą coś ciężkiego.

Orgazm przyszedł szybko i bardzo punktowo; mniej rozlany niż zwykle, bardziej skoncentrowany. Przez moment kompletnie zgubiłam oddech. Zacisnęłam powieki, wcisnęłam głowę w poduszkę i zostałam tak, czekając, aż organizm przypomni sobie podstawowe funkcje.

Pingwin nadal pracował. To był błąd. Odsunęłam go tak gwałtownie, jakbym właśnie odkryła, że gryzie.

— Wystarczy.

Powiedziałam to na głos. Do urządzenia. Sama, w pustej sypialni. Mam trzydzieści lat, skończone studia i uczę matematyki.

Dobrze wiedzieć, że rozwój osobisty przebiega prawidłowo.


Leżałam jeszcze chwilę bez ruchu. Na szafce nocnej stała szklanka wody, jakieś czterdzieści centymetrów ode mnie. Popatrzyłam na nią, oceniłam koszt energetyczny i zrezygnowałam.

Dopiero wtedy zaczęłam się śmiać. Nie wiem dokładnie z czego. Może z tego, że coś wyglądającego jak zabawka dodawana kiedyś do płatków śniadaniowych właśnie wygrało ze mną starcie do zera. Może z własnej pewności sprzed kilkunastu minut. Może dlatego, że wcześniej naprawdę zastanawiałam się, czy takie urządzenie nie jest przypadkiem marketingową bzdurą.

Nie było. Przynajmniej mój egzemplarz nie otrzyma takiej recenzji.

Sięgnęłam po notes leżący na szafce i zapisałam:

próba 1hipotezaefekt podobny do zwykłego stymulatoraBŁĄD

Przekreśliłam. Obok napisałam czerwonym.

Potem długo zastanawiałam się nad wynikiem. „Skuteczne” brzmiało za mało precyzyjnie, „bardzo skuteczne” jak recenzja produktu napisana przez dział marketingu. Napisałam więc:

wynikpięć minut później nadal nie chce mi się iść po wodę

To jest konkretna jednostka pomiarowa. Powinni ją wprowadzić do SI.


Kawitacja oczywiście nie jest tym, co naprawdę robi mój pingwin. Wiem, zjawisko jest inne. Nazwa zostaje.

Bo kawitacja podoba mi się jako metafora: najpierw drobne zaburzenie, prawie nic, potem rosnąca niestabilność, a na końcu gwałtowne uwolnienie energii z układu, który sekundę wcześniej wyglądał zupełnie spokojnie.

To akurat znam. Nie tylko z fizyki.

Później, kiedy mój mąż przyszedł do sypialni, pingwin nadal leżał na szafce. Spojrzał na niego, potem na mnie, znowu na niego.

— I?

Wzruszyłam ramionami.

— Interesujące urządzenie.

Zmrużył oczy. Zna mnie zdecydowanie za długo.

— Jak bardzo interesujące?

Odłożyłam książkę.

— Wymaga dalszych badań.

Uśmiechnął się. Ten konkretny uśmiech znam aż za dobrze.


Spojrzałam jeszcze raz na pingwina i wtedy przyszło mi do głowy coś, czego wcześniej nie uwzględniłam. Dotychczas badałam tylko jedną zmienną: sam bodziec. Bez drugiej osoby, bez tego cholernego uśmiechu, bez świadomości, że ktoś patrzy, bez jego dłoni, bez konieczności oddawania kontroli.

Czyli, mówiąc uczciwie, eksperyment był metodologicznie niepełny.

Wzięłam czerwony długopis i pod pierwszym wynikiem dopisałam:

próba 2układ dwuosobowy

Popatrzyłam na męża. Potem dopisałam jeszcze:

warunki mogą być trudniejsze do kontrolowania

I to był chyba pierwszy tego wieczoru wniosek, którego byłam całkowicie pewna.

Nadia

koniec kartki

Kartka 003. Zapisana 9 września 2026.

Zbiór: ciało jako obiekt badań.

— N.
czytaj dalej

Cały zbiór: I · Ciało jako obiekt badań.

nie ma tu komentarzy

To nie jest przeoczenie. Nie chcę, żeby pod moim tekstem obcy ludzie kłócili się ze sobą o to, co ja czułam.

Ale chcę wiedzieć, co myślisz. Napisz do mnie. Bezpośrednio, jednym zdaniem albo dziesięcioma. Czytam wszystko, wieczorem, kiedy dom już cichnie.

napisz mi, co o tym myślisz temat wpisze się sam, będę wiedziała, o której kartce mówisz

Twojego adresu nie zobaczy nikt poza mną. Nie trafia na żadną listę. Tu pisze, co się z nim dzieje.

Matematyczka Dyskretna treści dla dorosłych 18+

Zapiski są literaturą. Daty, miejsca i kolejność bywają zmienione.

Nie podrzucam Ci ciasteczek. Nic po Tobie tu nie zostaje, żadnego śladu na pościeli, żadnego numeru zapisanego na marginesie. Liczę tylko, ile osób zajrzało i skąd, zbiorczo. Wychodzisz stąd dokładnie tak anonimowy, jak wszedłeś. Spokojniejszy niekoniecznie.

© 2026 N. Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem do zmiany zdania.

Prowadzę ten zeszyt, bo okazało się, że jestem najbardziej nieprzewidywalnym obiektem badań, jaki miałam pod ręką.

Nie piszę, żeby kogoś podniecić. Piszę, żeby sprawdzić, co się właściwie stało i dlaczego nadal o tym myślę trzy dni później. To, że przy okazji jest to nieprzyzwoite, uznaję za wynik eksperymentu, a nie jego cel.

2