Wrzesień ma zbyt wiele zmiennych
Piszę to w środku dnia, co samo w sobie jest wydarzeniem.
Nie wieczorem nad kubkiem czegoś, co dawno wystygło. Nie między jednym dokumentem a drugim. Nie z poczuciem, że powinnam właśnie sprawdzać, czy gdzieś nie przegapiłam wiadomości oznaczonej jako „pilne”, choć doświadczenie uczy mnie, że skala pilności w pierwszych dwóch tygodniach września ma niewiele wspólnego ze znaczeniem tego słowa w języku polskim.
Siedzę przy stole i przez całe siedem minut nikt niczego ode mnie nie chce.
Sprawdziłam.
Siedem.
Wrzesień w szkole nie zaczyna się pierwszego września. To jedna z tych umownych dat, które dobrze wyglądają w kalendarzu, ale słabo opisują rzeczywistość.
Nowy rok szkolny zaczyna się wcześniej, od list, planów, zmian w planach, zmian zmian w planach i wiadomości, które pojawiają się dokładnie wtedy, kiedy człowiek naiwnie uznaje, że coś zostało już ustalone.
Potem przychodzą pierwsze dni.
Nazwiska.
Sale.
Dokumenty.
Rady pedagogiczne, podczas których mój kręgosłup stopniowo przyjmuje kształt krzesła, a zdolność przyswajania kolejnych komunikatów maleje szybciej niż chciałabym przyznać.
Do tego zebrania z rodzicami.
Lubię swoją pracę. Naprawdę.
To zdanie wymaga podkreślenia właśnie dlatego, że następne brzmi: po dwóch tygodniach września mam ochotę przez co najmniej dobę nie podejmować żadnej decyzji, która dotyczy kogokolwiek poza mną.
Nie chcę wybierać terminu.
Nie chcę przesuwać terminu.
Nie chcę odpowiadać na pytanie, czy coś da się zrobić „wyjątkowo”.
Chcę usiąść.
Najlepiej bez stanika.
To ostatnie nie jest metaforą przeciążenia systemu.
Mój organizm reaguje na początek roku szkolnego w sposób bardzo przewidywalny.
Najpierw przyspieszam.
Budzik dzwoni, zanim naprawdę zdążę zasnąć. Rano kawa, szybki prysznic, poprawianie włosów jedną ręką, drugą jeszcze sprawdzam coś, czego rozsądna osoba nie powinna sprawdzać przy umywalce.
Potem dzień składa się z odcinków.
Lekcja.
Przerwa.
Lekcja.
Rozmowa.
Korytarz.
Kolejna rzecz, która miała potrwać pięć minut.
Wracam do domu i przez chwilę stoję w przedpokoju z torbą nadal przewieszoną przez ramię, bo zdjęcie jej wymaga podjęcia decyzji, a mózg ma już zamknięty nabór.
Mój mąż bardzo szybko nauczył się rozpoznawać ten stan.
— Jadłaś?
To jest zwykle pierwsze pytanie.
Nie „jak było”.
Nie „co się stało”.
„Jadłaś?”
Ma do mnie więcej cierpliwości niż ja do siebie i niestety regularnie wykorzystuje ją do udowadniania, że moje podstawowe funkcje życiowe nie są tak samowystarczalne, jak lubię sądzić.
— Tak.
Patrzy.
— Co?
I wtedy zaczynam wykonywać w głowie obliczenia, które powinny być kompromitujące dla osoby uczącej matematyki.
Kawa.
Druga kawa.
Pół kanapki.
Coś słodkiego znalezione w torbie.
— Jadłam rzeczy.
— Rozumiem.
Nienawidzę tego „rozumiem”.
Zawsze oznacza, że nie uwierzył.
Zwykle słusznie.
Pierwszy tydzień jeszcze jadę siłą rozpędu.
Drugi jest gorszy, bo adrenalina zaczyna odpuszczać, a zmęczenie wystawia rachunek z odroczonym terminem płatności.
Wieczorem kładę się obok niego i mam świadomość własnego ciała głównie w sensie ortopedycznym. Bolą mnie stopy. Kark jest twardy. Oczy pieką od patrzenia na ekran, papier, ekran, ludzi, ekran, zegarek i znowu ekran.
Pożądanie istnieje gdzieś w układzie.
Teoretycznie.
Praktycznie, jeżeli pomiędzy dziesiątą wieczorem a zaśnięciem mam do wyboru seks albo osiem godzin snu, statystyka robi się dla mojego małżeństwa mało romantyczna.
Nie znaczy to, że przez dwa tygodnie żyjemy jak współlokatorzy.
Całujemy się w kuchni.
Przytulam się do niego rano, kiedy jeszcze mogę udawać, że budzik nie zadzwonił.
Czasem jego dłoń wsuwa się pod moją koszulkę, kiedy leżymy wieczorem w łóżku, i przez kilka sekund ciało odpowiada bardzo konkretnie, zanim mózg przypomina sobie o godzinie.
To jest chyba najbardziej frustrujące.
Bo reakcja jest.
Ciepło też.
Ten krótki skurcz nisko w brzuchu, kiedy przesuwa kciukiem po skórze pod piersią.
Wszystko działa.
Tylko potem ziewam mu prosto w szyję.
Raz nawet parsknęliśmy śmiechem.
— Seksownie — powiedział.
— Jestem kobietą wielu talentów.
— Widzę.
— Jutro.
— Mhm.
Nie lubię jego „mhm” prawie tak samo jak „rozumiem”.
W tym samym czasie uruchamiam blog.
To jest osobny rodzaj absurdu.
Przez wiele miesięcy pisałam do szuflady, choć „szuflada” jest tu pojęciem historycznym. Zapisywałam rzeczy, których nie chciałam zgubić: eksperymenty, obserwacje, fantazje, kilka tekstów o nas i parę takich, po których następnego dnia zastanawiałam się, czy na pewno powinnam zostawiać własny mózg bez nadzoru.
Potem postanowiłam je publikować.
Anonimowo.
I nagle okazało się, że publikowanie tego, co już napisałam, również zabiera czas.
Czytam stare teksty.
Poprawiam.
Przenoszę.
Sprawdzam.
Patrzę na zdanie napisane kilka miesięcy temu i próbuję ustalić, czy nadal brzmi jak ja, czy jak kobieta, która miała wtedy zdecydowanie więcej wolnych wieczorów.
Czasem mam przed sobą opis własnego orgazmu i jednocześnie w drugim oknie terminarz spotkań z rodzicami.
Ludzki mózg potrafi utrzymać zaskakująco sprzeczne zbiory informacji.
Na szczęście nie muszę ich łączyć.
Szkoła zostaje po swojej stronie ekranu.
Dziennik po swojej.
Ta granica jest dla mnie oczywista do tego stopnia, że właściwie zauważam ją dopiero wtedy, kiedy wieczorem zamykam szkolne rzeczy i otwieram folder z tekstami.
Jak zmianę temperatury.
Jak zdjęcie butów po całym dniu.
Wrzucam więc kolejne kartki, poprawiam przecinki, przypominam sobie, co robiłam kilka miesięcy wcześniej, i mam coraz dziwniejsze wrażenie, że publikuję relacje z życia kobiety, którą chwilowo obserwuję z zewnątrz.
Ona ma czas rozkładać ręcznik.
Ustawiać stoper.
Sprawdzać reakcje.
Planować.
Masturbować się bez myślenia, że rano musi wstać.
Ja czytam ją o dwudziestej trzeciej osiemnaście i kalkuluję, czy umycie włosów dzisiaj zwiększy prawdopodobieństwo przeżycia poranka.
Zaczynam być o nią zazdrosna.
Co jest szczególnie głupie, ponieważ ona to ja.
Kilka dni temu otworzyłam jeden ze starszych tekstów, żeby poprawić dwa zdania.
Skończyło się na tym, że przeczytałam całość.
Nie dlatego, że była szczególnie dobra.
Dlatego, że przypomniałam sobie siebie z tamtego wieczoru.
Nie treść.
Stan.
Tę charakterystyczną koncentrację, która pojawia się, kiedy naprawdę czegoś chcę sprawdzić. Ciekawość, która zaczyna się w głowie, a potem bardzo szybko schodzi niżej i komplikuje metodologię.
Czytałam własne notatki o tym, jak zmieniała się reakcja ciała, i nagle dotarło do mnie, że tęsknię za tym bardziej, niż sądziłam.
Nie za pisaniem o seksie.
Za nowym materiałem.
To jest bardzo niewygodne odkrycie dla kobiety, która prowadzi anonimowy dziennik erotyczny i od kilkunastu dni produkuje głównie materiały archiwalne.
Mogę opublikować opis czegoś, co zrobiłam wiosną.
Mogę poprawić tekst z lata.
Mogę wrócić do fantazji, która od dawna siedzi w notatkach.
Ale żadna z tych rzeczy nie daje tego uczucia, które pojawia się wtedy, kiedy naprawdę nie wiem jeszcze, co się stanie.
Brakuje mi niewiadomej.
I tak, wiem, jak to brzmi.
Matematyczka narzeka na brak niewiadomej.
Bardzo subtelne.
Wczoraj wróciłam wcześniej niż zwykle.
To „wcześniej” oznaczało, że zdjęłam buty jeszcze przed siedemnastą i miałam do wieczora kilka godzin, których nikt wcześniej nie zagospodarował za mnie.
Stałam przez chwilę w kuchni i naprawdę nie wiedziałam, co zrobić.
To jest interesujący efekt przeciążenia: kiedy człowiek odzyskuje czas, pierwszą reakcją wcale nie jest radość.
Jest bezwład.
Mój mąż siedział przy stole.
Spojrzał na mnie.
— Co?
— Nic.
— Patrzysz.
— Bo stoisz.
— Rzeczywiście niepokojące.
Uśmiechnął się, ale niczego więcej nie powiedział.
Poszłam pod prysznic.
I tam pierwszy raz od początku września zauważyłam własne ciało inaczej niż jako urządzenie do przenoszenia głowy między szkołą a domem.
Ciepła woda uderzała mnie w kark. Oparłam dłonie o ścianę i poczułam, jak napięcie puszcza gdzieś między łopatkami.
Potem niżej.
Brzuch.
Biodra.
Uda.
Nie robiłam nic szczególnego. Po prostu stałam, a ciało zaczęło wracać do swojej normalnej objętości, jakby przez dwa tygodnie było ściśnięte do wersji użytkowej.
Przesunęłam dłonią po brzuchu.
Bez planu.
I poczułam ten mały impuls.
Jeszcze nie podniecenie.
Raczej zapowiedź.
Taką zmianę znaku w funkcji, po której wiadomo, że wykres zaraz zacznie zachowywać się ciekawiej.
Od razu pomyślałam o seksie.
Nie ogólnie.
O dobrym seksie.
Takim, po którym przez kilka minut nie chce mi się analizować absolutnie niczego.
To rozróżnienie okazało się ważne.
Bo można chcieć bliskości.
Można chcieć orgazmu.
Można chcieć zostać dotkniętą dokładnie tam, gdzie napięcie zbierało się przez kilkanaście dni, choć nie ma ono oczywiście nic wspólnego z anatomią, a jednak ciało zachowuje się tak, jakby miało własną księgowość.
Ja chciałam wszystkiego naraz.
Pierwszy raz od dwóch tygodni nie dlatego, że „powinniśmy wreszcie”.
Tylko dlatego, że naprawdę go chciałam.
Różnica jest ogromna.
Wyszłam z łazienki w ręczniku.
Mój mąż spojrzał znad tego, co czytał.
Tym razem nie powiedział „co?”.
To dobrze.
Nie miałam ochoty tłumaczyć.
Podeszłam bliżej i oparłam dłonie o jego ramiona.
— Cześć — powiedział.
— Cześć.
— Minęliśmy się wcześniej?
— Możliwe.
— Długi dzień?
Pokręciłam głową.
— Właśnie chyba się skończył.
Patrzył na mnie przez sekundę dłużej.
To jest ta irytująca cecha człowieka, który zna mnie od lat: czasem rozumie, co się dzieje, zanim ja zdążę przygotować narrację.
Położył dłonie na moich biodrach, ale nie przyciągnął mnie od razu.
Czekał.
I to wystarczyło.
Pochyliłam się pierwsza.
Pocałunek trwał może kilka sekund, zanim poczułam, że całe zmęczenie wcale nie znika, tylko nagle przestaje być najważniejszą rzeczą w ciele.
To bardzo istotna różnica.
Zmęczona nadal byłam.
Po prostu byłam też podniecona.
Jedno nie unieważnia drugiego.
Przez ostatnie dni zachowywałam się tak, jakby te stany były rozłączne.
Najwyraźniej nie są.
Zbiory mają część wspólną.
Oczywiście.
Nie będę opisywać tego, co było dalej.
Jeszcze.
Nie dlatego, że wydarzyło się coś spektakularnego. Właśnie przeciwnie.
Było znajomo.
Blisko.
Bez eksperymentu, bez skali, bez planu i, co mnie samą trochę rozbawiło, bez najmniejszej potrzeby robienia z tego materiału do wpisu.
Dopiero później, leżąc obok niego, zrozumiałam, co właściwie wróciło.
Ciekawość.
Nie libido. Ono chyba nigdzie nie zniknęło, tylko przez dwa tygodnie nie miało warunków do prowadzenia działalności.
Ciekawość była czymś innym.
Leżałam z głową na jego ramieniu i zaczęłam myśleć o rzeczach, których jeszcze nie próbowałam.
O jednej zabawce, którą od pewnego czasu omijam wzrokiem.
O pomyśle, który zapisałam kiedyś jednym zdaniem i zamknęłam, bo wydał mi się jednocześnie interesujący i głupi.
O czymś, co moglibyśmy zrobić razem, gdybym przestała zachowywać się tak, jakbym potrzebowała do seksu wolnego weekendu, pustego kalendarza i pozytywnej opinii komisji do spraw harmonogramów.
Mój mąż poruszył się obok.
— Myślisz.
To nie było pytanie.
— Trochę.
— Niedobrze.
— Bardzo śmieszne.
— Znam ten wzrok.
Odwróciłam głowę.
— Jaki?
— Ten, po którym coś wymyślasz.
Milczałam.
Nie wie o blogu.
Nie wie, ile rzeczy naprawdę wymyślam.
I nagle poczułam ten rodzaj przyjemnego napięcia, którego brakowało mi prawie tak samo jak seksu.
Tajemnica znów zrobiła się żywa.
Nie ciężka.
Żywa.
Dzisiaj po raz pierwszy od początku roku szkolnego nie czuję, że wyprzedzam własne życie o pół kroku i próbuję jednocześnie nie potknąć się o kalendarz.
Plan nadal jest pełny.
Obowiązki nie zniknęły.
Jesień nie zamierza z szacunku dla mojego życia seksualnego ograniczyć liczby zebrań ani skrócić rad pedagogicznych, choć uważam, że byłby to rozsądny postulat systemowy.
Ale najgorsze dwa tygodnie mam za sobą.
Znam już rytm.
Wiem, które dni będą dłuższe.
Wiem, gdzie mam przestrzeń.
I zaczynam znowu patrzeć na wieczór jak na coś więcej niż odległość między powrotem do domu a snem.
To wystarczy.
Na razie.
Obok komputera leży notes.
Od kilku dni był zamknięty.
Przed chwilą go otworzyłam i zapisałam jedno zdanie.
Hipoteza: zmęczenie obniża inicjatywę znacznie mocniej niż pożądanie.
Popatrzyłam na to przez chwilę.
Potem dopisałam pod spodem:
Sprawdzić na większej próbie.
Mój mąż jeszcze nie wie, że właśnie został elementem metodologii.
Kartka 010. Zapisana 16 września 2026.
Zbiór: reszta z dzielenia.
Cały zbiór: IV · Reszta z dzielenia.
To nie jest przeoczenie. Nie chcę, żeby pod moim tekstem obcy ludzie kłócili się ze sobą o to, co ja czułam.
Ale chcę wiedzieć, co myślisz. Napisz do mnie. Bezpośrednio, jednym zdaniem albo dziesięcioma. Czytam wszystko, wieczorem, kiedy dom już cichnie.
napisz mi, co o tym myślisz temat wpisze się sam, będę wiedziała, o której kartce mówiszTwojego adresu nie zobaczy nikt poza mną. Nie trafia na żadną listę. Tu pisze, co się z nim dzieje.