IV Reszta z dzielenia

06.09, dzień w którym kalendarz przestał być niewinny

Dzisiejsza data jest głupia.

To znaczy matematycznie nie ma w niej nic szczególnego: sześć, zero, dziewięć, normalne liczby. Ale spróbujcie przez sekundę spojrzeć na 06.09 i nie zobaczyć 69.

Ja nie potrafię. Mój mąż też nie.

Dowiedziałam się o tym dziś rano, kiedy stałam w kuchni w jego koszulce, robiłam kawę i powiedziałam:

— Szósty września.

Spojrzał znad telefonu.

— Mhm.

— Sześć, dziewięć.

Drugie „mhm” było już inne. Znam człowieka.

— Nadia.

— Co?

— Jest ósma rano.

— Ja tylko podałam datę.

— Oczywiście.

I tak mniej więcej zaczęła się moja pierwsza niedziela po rozpoczęciu roku szkolnego. Profesjonalnie, godnie, jak przystało na nauczycielkę matematyki.

Ale o tym później.


We wtorek wróciłam do szkoły. Pierwszy września zawsze pachnie prawie identycznie: podłoga po wakacyjnym sprzątaniu, papier, kurz z tablic, który mimo wszystko zawsze gdzieś zostaje, kawa wypita za szybko w pokoju nauczycielskim, nowe zeszyty.

Lubię ten dzień. Naprawdę. Nie piszę tego dlatego, że wypadałoby, żebym jako nauczycielka kochała swoją pracę; ja faktycznie ją lubię.

Po dwóch miesiącach bez normalnego rytmu dobrze było znowu stanąć przed tablicą, wziąć marker do ręki i poczuć tę bardzo charakterystyczną zmianę w głowie. Prywatnie potrafię przez dziesięć minut zastanawiać się, gdzie położyłam telefon; przekraczam próg klasy i nagle wiem dokładnie, co robię.

To chyba jedna z rzeczy, które najbardziej lubię w swoim zawodzie. Jest początek, jest problem, jest metoda, jest rozwiązanie.

Przynajmniej zazwyczaj. Ludzie bywają bardziej skomplikowani niż równania.


Pierwsze dni roku są zresztą znacznie mniej romantyczne, niż wyglądały w mojej głowie pod koniec sierpnia. Plan. Zmiany planu. Lista, a potem druga lista, która poprawia pierwszą. Wiadomości, dokumenty, nazwiska, które trzeba zapamiętać, nazwiska, które pamiętam, i nazwiska, co do których jestem absolutnie przekonana, że je pamiętam, po czym patrzę na człowieka i w głowie mam wyłącznie białą kartkę.

W środę wróciłam do domu, zdjęłam buty przy drzwiach i przez dobre trzydzieści sekund stałam w przedpokoju. Mąż wychylił głowę z gabinetu.

— Wszystko dobrze?

— Tak.

— Czemu stoisz?

Spojrzałam w dół. Faktycznie stałam.

— Nie wiem.

Roześmiał się. Ja trochę później, bo najpierw musiałam zdjąć stanik.

Są takie dni, kiedy najlepszym wynalazkiem ludzkości nie jest matematyka, internet ani antybiotyk. Jest nim moment odpięcia stanika po dziewięciu godzinach.


Rutyna wróciła zaskakująco szybko. Budzik, łazienka, kawa, makijaż, włosy, sprawdzenie, czy nie zostawiłam czegoś na stole. Powrót, jedzenie, przygotowanie rzeczy na następny dzień. I nagle okazuje się, że doba ma dokładnie tyle samo godzin co w sierpniu, tylko wszystkie ktoś wcześniej zarezerwował.

To jest trochę irytujące, ale jednocześnie dobrze na mnie działa. Latem mam tendencję do rozlewania dnia: jeszcze kawa, jeszcze książka, jeszcze piętnaście minut, jeszcze coś obejrzę. We wrześniu nie ma „jeszcze”. O siódmej czterdzieści muszę wyjść, więc o siódmej trzydzieści dziewięć człowiek nie prowadzi już negocjacji z rzeczywistością.

Podoba mi się to. Porządek uspokaja. Nawet jeśli pod tym porządkiem nadal jestem dokładnie tą samą kobietą, która w czwartek wieczorem poprawiała materiały na następny dzień i nagle poczuła dłoń męża na karku.


Nie zrobił niczego szczególnego. Przeszedł za moim krzesłem, dotknął szyi, pocałował mnie tuż pod uchem i poszedł nalać sobie wody.

Koniec zdarzenia. Czas trwania: może trzy sekundy. Skutek uboczny: całkowicie nieproporcjonalny.

Patrzyłam jeszcze chwilę w ekran, na zadanie. Funkcja kwadratowa, bardzo niewinna. Przeczytałam to samo polecenie dwa razy, potem trzeci.

Z kuchni usłyszałam:

— Co robisz?

— Próbuję pracować.

— Przeszkadzam?

— Już nie.

— To dobrze.

Skurwysyn. Doskonale wiedział.

I właśnie takie drobiazgi lubię w małżeństwie najbardziej. Nie zawsze potrzebuję świec, bielizny, hotelu albo zaplanowanej sceny; czasami wystarczy, że człowiek, który zna mnie od lat, pocałuje mnie dokładnie w jedno miejsce i odejdzie, wiedząc, że przez następne pięć minut będę udawała przed samą sobą, że nic się nie stało.

Stało się. Moje uda były w tej sprawie wyjątkowo jednoznaczne.


Pierwszy tydzień szkoły przypomniał mi też coś jeszcze: zmęczenie i libido mają u mnie bardzo dziwną relację.

Logicznie zakładałabym zależność ujemną. Więcej zmęczenia → mniej ochoty na seks. Prosty model. Tylko moje ciało tradycyjnie nie przeczytało założeń.

1

W czwartek byłam wykończona. Naprawdę wykończona. Położyłam się na łóżku „na pięć minut”, czyli w pozycji człowieka, który albo zaraz wstanie, albo obudzi się w ubraniu o drugiej nad ranem. Mąż usiadł obok.

— Śpisz?

— Nie.

— Masz zamknięte oczy.

— To forma odpoczynku.

Położył rękę na moim udzie, a ja nie zareagowałam. Przynajmniej bardzo chciałam w to wierzyć. Dłoń przesunęła się trochę wyżej i otworzyłam jedno oko.

— Jestem zmęczona.

— Wiem.

Pocałował mnie w ramię, potem w szyję.

— Bardzo zmęczona.

— Mhm.

Kolejny pocałunek. Westchnęłam.

— To jest manipulacja.

— Tak.

Przynajmniej uczciwy. Dziesięć minut później problem zmęczenia przestał być główną zmienną wieczoru.

Nie będę tutaj sporządzać pełnego protokołu. Jeszcze. Powiem tylko, że istnieje szczególny rodzaj satysfakcji w tym, że człowiek cały dzień funkcjonuje rozsądnie, kompetentnie i odpowiedzialnie, a wieczorem może w końcu przestać. Po prostu oddać komuś kontrolę: nie decydować, nie organizować, nie sprawdzać, nie pamiętać o jutrze.

Bardzo tego potrzebowałam.


W piątek rano byłam przez to niewyspana. Zero żalu, trochę kawy więcej, bilans nadal dodatni.

I właśnie gdzieś pomiędzy pierwszą a drugą kawą pomyślałam, że chyba zaczynam rozumieć, czym właściwie ma być ten blog. Bo kiedy napisałam pierwszy wpis, miałam w głowie wielkie słowo:

seksualność.

Bardzo poważne. Szerokie. Wręcz podręcznikowe.

Po tygodniu dochodzę do wniosku, że bardziej interesują mnie drobiazgi. To, że można przez osiem godzin nie myśleć o seksie ani razu, a potem jeden zapach przywraca cały system do życia. To, że dłoń na karku działa lepiej niż połowa gadżetów z szuflady. To, że po latach małżeństwa nadal zdarza mi się rumienić, kiedy mąż mówi mi coś odpowiednim tonem. I to, że mogę być naprawdę zmęczona i naprawdę napalona jednocześnie, bo te zmienne wcale się nie wykluczają.

Człowiek jest irytująco źle zaprojektowany do prostych modeli.


Sobota minęła spokojniej: zakupy, pranie, trochę sprzątania, kawa wypita już bez patrzenia na zegarek. Wieczorem film.

Siedziałam oparta o niego, nogi miałam na kanapie. W pewnym momencie zaczął przesuwać palcami po mojej łydce. Nie zwracałam uwagi. Potem po udzie. Nadal oglądałam. Potem trochę wyżej.

— Oglądasz film? — zapytałam.

— Tak.

— O czym jest?

Milczenie. Odwróciłam głowę.

— No właśnie.

— Ty też nie wiesz.

To niestety było prawdą. Film leciał jeszcze przez prawie godzinę i żadne z nas nie potrafi dziś powiedzieć, jak się skończył.

Strata dla kinematografii.


A potem przyszedł dzisiejszy poranek. Szósty września. 06.09. Moja głupia uwaga przy kawie. I mąż, który około piętnastu minut później przeszedł obok mnie w kuchni, zatrzymał się i powiedział:

— Wiesz, że właściwie ta data zobowiązuje.

Spojrzałam na niego.

— Matematycznie absolutnie nie.

— Nadia.

— Co?

— Nie wszystko musi być matematycznie poprawne.

Tutaj mnie miał.


Nie będę bardzo szczegółowo opisywała dalszej części poranka. Mam pewne resztki przyzwoitości, niewielkie, ale mam.

Powiem tylko, że pozycja sześćdziesiąt dziewięć posiada ciekawą właściwość: bardzo utrudnia koncentrację. Teoretycznie układ jest symetryczny, dwie osoby, dwa równoczesne działania, wzajemność, elegancka konstrukcja. W praktyce po kilkudziesięciu sekundach zawsze zaczyna się problem z priorytetami.

I kiedy mój mąż przerywa tylko po to, żeby powiedzieć:

— Skup się.

mam silną potrzebę przypomnieć mu, że sam jest głównym czynnikiem zakłócającym eksperyment. Nigdy nie przypominam, bo mam wtedy usta zajęte.

Dzisiejszy wynik badania:

symetria teoretyczna nie gwarantuje symetrii uwagi.

Materiał badawczy wymaga dalszych obserwacji. Oczywiście.


Jest teraz niedzielne popołudnie, siedzę z drugą kawą, a na stole leży kalendarz. Jutro poniedziałek: pierwszy pełny tydzień, normalne lekcje, normalny rytm, normalne obowiązki. I jestem z tego zaskakująco zadowolona.

Mam kilka nowych grup, trochę nowych rzeczy do poukładania, kilka pomysłów, które chcę sprawdzić, i stos papierów, którego sprawdzać nie chcę. Standard.

Ale podoba mi się to poczucie początku, kiedy jeszcze nic się na dobre nie rozpędziło. Rok szkolny jest czystą kartką z pierwszymi kilkoma zapisanymi wierszami. Blog właściwie też.

Nie wiem jeszcze dokładnie, czym stanie się za miesiąc ani za rok, i tym razem nie zamierzam udawać, że mam cały plan. Mam kilka hipotez. To wystarczy.

Jedną już zresztą zweryfikowałam. Spojrzałam przed chwilą na kalendarz: następny 6.09 wypada dopiero za rok.

Szkoda.

Mąż zajrzał mi przez ramię.

— Możemy nie czekać.

Cholera. To też jest poprawne matematycznie.

koniec kartki

Kartka 002. Zapisana 6 września 2026.

Zbiór: reszta z dzielenia.

— N.
czytaj dalej

Cały zbiór: IV · Reszta z dzielenia.

nie ma tu komentarzy

To nie jest przeoczenie. Nie chcę, żeby pod moim tekstem obcy ludzie kłócili się ze sobą o to, co ja czułam.

Ale chcę wiedzieć, co myślisz. Napisz do mnie. Bezpośrednio, jednym zdaniem albo dziesięcioma. Czytam wszystko, wieczorem, kiedy dom już cichnie.

napisz mi, co o tym myślisz temat wpisze się sam, będę wiedziała, o której kartce mówisz

Twojego adresu nie zobaczy nikt poza mną. Nie trafia na żadną listę. Tu pisze, co się z nim dzieje.

Matematyczka Dyskretna treści dla dorosłych 18+

Zapiski są literaturą. Daty, miejsca i kolejność bywają zmienione.

Nie podrzucam Ci ciasteczek. Nic po Tobie tu nie zostaje, żadnego śladu na pościeli, żadnego numeru zapisanego na marginesie. Liczę tylko, ile osób zajrzało i skąd, zbiorczo. Wychodzisz stąd dokładnie tak anonimowy, jak wszedłeś. Spokojniejszy niekoniecznie.

© 2026 N. Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem do zmiany zdania.

Prowadzę ten zeszyt, bo okazało się, że jestem najbardziej nieprzewidywalnym obiektem badań, jaki miałam pod ręką.

Nie piszę, żeby kogoś podniecić. Piszę, żeby sprawdzić, co się właściwie stało i dlaczego nadal o tym myślę trzy dni później. To, że przy okazji jest to nieprzyzwoite, uznaję za wynik eksperymentu, a nie jego cel.

2